Z

Z pamiętnika osoby wiecznie zajętej

„Busy, busy, busy” – w taki sposób odpowiadam w Szkocji na zwyczajowe „How are you?”
Od kilku lat namiętnie “jestem zajęta”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie byłam zajęta, kiedy ostatnio czułam się wolna od pracy i kiedy miałam prawdziwe wakacje. Nie mam czasu spotkać się ze znajomymi i zadzwonić do rodziny, są dni kiedy nie wychodzę na zewnątrz przez natłok pracy (pracuję z domu), a większości dodatkowych projektów i pomysłów muszę mówić stanowcze “nie” bo wiem, że nie mam na nie miejsca w swoim życiu.


Kiedy jakiś czas temu moja babcia zapytała mnie co tak naprawdę robię całe dnie, nie umiałam jej konkretnie odpowiedzieć. Robię dużo, “odznaczam” ogromną ilość zadań dziennie i co prawda osiągam wyniki, ale sama bardzo często zastanawiam się: co ja tak naprawdę robię i do czego tak naprawdę dążę? Czy te zadania rzeczywiście prowadzą mnie do czegoś konkretnego, czy tylko są wypełniaczem moich dni? Czy te wyniki przynoszą mi prawdziwą satysfakcję i sukces, czy są tylko ciągłą “bieżączką” (określenie Asi, oznacza sprawy bieżące).

Mam ogromną ochotę zwalić wszystko na pracowanie dla siebie i prowadzenie własnego biznesu. Pod koniec sierpnia zaczęłam też w Londynie kurs samorozwoju pod kątem prowadzenia firm i planowania dużych projektów, w związku z którym doszła mi duża ilość nowych obowiązków – mam więc doskonałe wymówki. Z tym jednak, że moje “bycie zajętą” trwa już od lat i wcale nie ma go mniej, a coraz więcej. Górka rzeczy do wypełnienia “na teraz” tylko rośnie.


Nie jestem kompletnie beznadziejna z tym byciem zajętą bo nie zawalam nocy i nie pracuję w weekendy. Mój kalendarz nie jest zapchany po same brzegi, całkiem rozsądnie jestem w stanie rozłożyć ilość zadań na każdy dzień i gdy dopada mnie lenistwo, to nadganiam zaległości zaledwie w jeden-dwa dni.

Trawi mnie jednak niepokój, że ta górka zadań wcale nie oznacza, że przybliżam się do tego, co naprawdę chcę osiągnąć. Bardzo ekscytujące i fajne pomysły często przegrywają z “pilnymi” wiadomościami, na które szybko trzeba odpisać.
Czasem też z mojej “pilnej górki” biorę nie te zadania, które coś wnoszą do mojego życia, a te na które akurat mam humor i/lub wydają się łatwe. To prawda, że “odznaczanie” zadań jest całkiem przyjemne, ale zaraz pojawiają się przecież kolejne i sama myśl o tym zaczyna mnie stresować.
Bardzo często też poddaję się kompletnie ze swoją górką, wkurzam się na nią i olewam, co prowadzi do nagromadzenia jeszcze większej ilości zadań na przyszłość… W tej chwili mam w swojej górce 10 zadań do wykonania i żadne nie jest “napisaniem artykułu na Duże Podróże”. A nawet gdyby było, to tylko by mnie dodatkowo stresowało.

To, co robię na codzień najchętniej określiłabym jako “busywork” – wykonywanie pracy, która nie przynosi żadnych wartości. To znaczy ok, moja praca przynosi jakąś wartość, ale przez brak czasu nie jestem w stanie nawet docenić swoich osiągnięć – zaraz przeskakuję do następnych zadań. Dlatego, że fundamentem mojej górki jest tak naprawdę strach: nie ogarniam życia, nie umiem dobrze pracować i planować, omija mnie tyle fajnych rzeczy, wszyscy na mnie czekają a ja ich zawodzę… Przysięgam, to doskonały fundament do bycia wiecznie zajętą.


Prawdziwa kreatywność jednak (a przynajmniej moja prawdziwa kreatywność) nie rodzi się jednak wśród strachu, dziesiątek zadań do wykonania, setek powiadomień i tysiąca wiadomości. Moja kreatywność rodzi się wtedy, kiedy widzi przestrzeń i czas dla siebie. Kiedy czuje się bezpieczna i szanowana, a nie zapędzona w kozi róg. Zresztą, nie tylko moja kreatywność korzysta w takich warunkach. Mam wrażenie, że w “braku czasu” łatwo zapominam po co tak naprawdę to wszystko robię i tracę z oczu nie tylko to, co chcę osiągnąć, ale nawet moje własne wartości moralne i samą siebie.

Czas to dla mnie największy luksus.

Nie-posiadanie setek “zadań” i powiadomień to moje największe marzenie w życiu. Mózg niezapchany informacjami to najlepszy prezent, jaki sobie mogę wyobrazić.

No właśnie: mózg niezapchany informacjami, cudzymi słowami i cudzymi pomysłami. Po roku “cyfrowego detoksu” w soboty widzę, że to zdecydowanie za mało. Sobotni detoks sprawił tylko, że uświadomiłam sobie jak głęboki jest mój cyfrowy problem i że “łatwe sztuczki” i “detoksiki” nie mają nic na siłę uzależnienia.

Zdawało mi się, że skoro mam wyłączone wszystkie powiadomienia, nie obserwuję ogromnej ilości osób i nie posiadam aplikacji maila i Facebooka na telefonie, to wszystko w porządku.
Nie, nie jest tak wcale. Dalej bezwiednie i odruchowo sięgam po telefon, a będąc w okolicy telefonu mam wrażenie, że mam “internetowe” myśli: przychodzi mi do głowy mnóstwo rzeczy które trzeba natychmiast sprawdzić, mnóstwo pilnych spraw do załatwienia, a także mnóstwo obrazków filmików i informacji przeczytanych w internecie (które, oczywiście, wnoszą zero do mojego życia).

Nie mam siły na cynizm w tej sytuacji, bo mnie ona przeraża.


Nie przyjdzie jednak dzień, kiedy nie będę miała już nigdy zadań do wypełnienia. Czas, spokój i głowa czysta od cudzych pomysłów nie pojawią się magicznie. Sama muszę do tego doprowadzić. Często zdaje mi się to już przegraną walką, ale potem uświadamiam sobie jak ogromny wpływ na moje życie (relacje z ludźmi, rodzina, finanse, zdrowie psychiczne…) mają brak czasu + social media, i znowu mam motywację.

To właśnie chcę tu eksplorować. Blokuję więc w kalendarzu godziny, kiedy tylko siedzę nad pustą kartką lub pustym monitorem. Blokuję w kalendarzu czas tylko na mnie. Zamierzam spędzać godziny myśląc tylko o tym, jak mogę wprowadzić trochę normalności do swojego życia.


Jest takie powiedzenie (być może z buddyzmu Zen, być może wymyślone przez Ghandiego): “Jeśli nie masz czasu medytować przez pół godziny, musisz medytować przez godzinę”.

Kompletnie szalony pomysł.

Zdjęcia pochodzą z plaży Tyninghame w East Lothian, Szkocja.

Aleksandra Bogusławska

Dwa lata spędziłam w podróży, żyjąc na walizkach i co kilka tygodni zmieniając adres zamieszkania. Dziś mieszkam na stałe w domku na szkockiej wsi. Dużo spaceruję, gotuję wegańsko, spędzam czas w ogrodzie, doceniam małe przyjemności i spokojne życie.
Jestem autorką wszystkich tekstów i zdjęć na stronie.

  1. Znam temat. Dobrze, że weekendy masz wolne i się wysypiasz, to już duży plus. Pracując z domu wbrew pozorom trudniej to wszystko zorganizować, bo nie ma takiej sytuacji, że o 15-16 wracasz do domu, zamykasz drzwi i wszystkie sprawy zawodowe zostawiasz za sobą…

    1. Tomek says:

      ale nie ma co też narzekać. Bywa, że pracę ustawisz sobie na tyle, że możesz zrobić dzień wolny więcej. Nawet co tydzień. :) Wszystko zależy jak bardzo „zdalna” jest ta praca zdalna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *