C

Cześć, jestem Ola i to mój pierwszy wpis na blogu…

Kiedy osiem lat temu zakładałam blog Duże Podróże, pisałam go dla znajomych. Pytali mnie o szczegóły moich wyjazdów, o bilety i autobusy, ceny – zapisywałam więc te informacje na blogu. Kiedy już zaczęłam pisać okazało się, że uwielbiam to robić. Pisanie bloga było najbardziej ekscytującym zajęciem na świecie.


Pierwsze posty pisałam jak opętana. Po nocach przeglądałam Internet, czytałam książki historyczne i podróżnicze, pisałam i ciągle poprawiałam teksty. Na wszystkich, nawet na krótkich wyjazdach robiłam tysiące zdjęć, a potem przerabiałam je tygodniami. Gdy teraz czytam swoje teksty i przeglądam zdjęcia, to zazwyczaj jest mi trochę wstyd za ich poziom ale wiem, że wynikały z ogromnej i prawdziwej pasji.

Odkryłam też wtedy, że kocham podróże.

Podróże to był dla mnie szczyt. Myślałam, że to absolutne maksimum tego, czego można chcieć od życia i nie przychodziło mi do głowy, że może być coś dalej! Podróżowanie było najwspanialsze, najlepsze, cudowne. Z wypiekami na twarzy przeglądałam zdjęcia z dalekich krajów i marzyłam o wyjazdach. Wydawałam całą kasę na podróże.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, że są ludzie którzy są w podróży stale i jednocześnie mają pracę: blogerzy podróżniczy. Dowiedziałam się, że z bloga można zarabiać. Zdawało mi się to fascynujące: zarabiać na robieniu tego, co chcę robić, i jeszcze podróżować?! W 100% tego chciałam.
Przekonałam swojego chłopaka (teraz męża), żebyśmy spróbowali życia na walizkach. Był rok 2015, wyjechaliśmy do Lizbony, pracowaliśmy z wynajętego mieszkania, wieczorami piliśmy sangrię i jedliśmy ryby w barach przy plaży. Wtedy zaczęłam też ostro pracować nad blogiem. Pisałam posty kilka razy w tygodniu, stale się uczyłam i ulepszałam Duże Podróże. Świat blogów i social mediów zdawał mi się ekscytujący, nie mogłam się doczekać kiedy “będę blogerką”. Tak jak wiele osób, oszołomiły mnie liczby na Facebooku i Instagramie, możliwość bycia rozpoznawalną osobą, zarabianie na blogu, praca zdalna i wszystko inne.

Pisałam i fotografowałam coraz lepiej, wpisy zaczęły być całkiem popularne. Zaczęły się jednak we mnie wkradać różne wątpliwości, które bałam się nawet ująć w słowa i których nigdy nie wypowiedziałabym na głos. Prowadziłam przecież “życie jak z marzeń” i myślałam, że tego chcę. Robiłam to, co chciałam robić. Jeździliśmy po całej Europie, zwiedziliśmy mnóstwo miejsc Spędziliśmy ponad miesiąc w Rzymie, gdzie znaliśmy się z obsługą okolicznych knajpek. W Amsterdamie znamy każdy kąt. Mamy przyjaciół w Mediolanie, w Kioto, w Helsinkach i w Seulu. Nurkowałam w oceanie, jeździłam na nartach, kąpałam się w przerębli przy minus 30 i zbierałam herbatę na najstarszych polach w Japonii. W zeszłym roku miałam taką sytuację: wieczorem piłam sake w barze i potem jeździłam porsche po Osace, a rano już spałam w swoim domu w Edynburgu.

To nie jest życie, w którym powinno być miejsce na wątpliwości. Jest idealne. Prawda?

A wszystko stało się głównie dzięki blogowi Duże Podróże i, oczywiście, dzięki tysiącom osób które ten blog czytają, cenią i szukają na nim inspiracji do kolejnych wyjazdów. Dzięki temu mogłam być zapraszana na wyjazdy i prowadzić wspaniałe życie. Czuję ogromną wdzięczność, że to wszystko się stało.

Niezauważenie jednak Duże Podróże oraz ja, Aleksandra Bogusławska, bardzo się rozeszliśmy. Poszliśmy w dwie różne strony i każde z nas ciągnie teraz gdzie indziej. Gdybyśmy byli dwójką ludzi, tobym się zwyczajnie przestała kolegować z Duże Podróże, bo w sumie nie mamy nawet o czym gadać: mamy inne hobby, inne priorytety, chcemy od życia czegoś innego.

Zauważyłam to nagle, spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, a teraz nie potrafię już nie zwracać na to uwagi i udawać, że wszystko w porządku.


Niekomfortowa część wpisu:

Bardzo poważnie zagubiłam się w tym, co jest dla mnie ważne i co jest moje.

Czytałam dużo książek, wpisów na blogach i wskazówek o tym, jak prowadzić blog. Zaczęłam kontrolować statystyki wpisów i po pewnym czasie pisałam już tylko to, co wiedziałam, że będzie się klikać. Przerabiałam zdjęcia w taki sposób, żeby trafiały do jak największej ilości osób. Gdy ktoś prosił mnie o napisanie o danym miejscu lub temacie, natychmiast to pisałam, nawet jeśli nie miałam ochoty. Wielu osobom przydały się wpisy, ale ja tymczasem zaczęłam myśleć, że jedyną wartość jaką stanowi Duże Podróże to suche informacje, klikalność wpisów, regularność postów i dogodzenie każdemu!
Miałam obsesję na punkcie cyferek i ciągle mi było mało, choć od zawsze chciałam być pisarką. Chciałam się wyrażać, eksperymentować, a już co najmniej pisać o tym, co mnie interesuje. Tymczasem oddalałam się od tego coraz bardziej, tracąc z dnia na dzień swój zapał. To, że nie mam ochoty już pisać tych samych postów informacyjnych i przewodników, zauważyłam już bardzo dawno temu. Nie wiedziałam jednak jak przestać i jaka jest dla mnie alternatywa, więc mimo ogromnej niechęci, siadałam wciąż do takich wpisów.

Miałam wrażenie, że jeśli piszę coś od siebie, to nikomu się to nie podoba (choć dostawałam mnóstwo pozytywnych wiadomości). Nikogo nigdy nie okłamałam, ale coraz częściej pomijałam własne opinie. Nie myślałam na początku, że to może stanowić problem. Widziałam jak ja i Duże Podróże się rozchodzimy, ale zaczęłam myśleć że to naturalny proces i nikomu nie zaszkodzi.
Siadałam jednak do wpisów z coraz mniejszą chęcią: nie da się stale pisać głosem innej osoby.

Zaczęłam się chować pod logiem i stroną Duże Podróże, pod zdjęciami i tekstami, aż w końcu mnie nie było. Kiedy ktoś z Czytelników myślał, że jestem portalem, to bardzo się wkurzałam: teraz widzę, że sama do tego doprowadziłam chroniąc siebie od oczu i opinii innych osób. Wywołało to przeciwny efekt do zamierzonego, zbanowałam sama siebie na blogu. Nie było tu już miejsca na mnie.

Zaczęłam też być osobą, którą myślałam że muszę być, żeby prowadzić bloga podróżniczego. Dążyłam do bycia “blogerką podróżniczą” i “influencerką” bo myślałam, że tego właśnie chcę. Podglądałam znane profile i znane blogi, i wywierałam na siebie presję tego, by być dokładnie taka sama. W głębi siebie zaczęłam myśleć, że muszę być taka, by osiągnąć sukces: mówić i pisać w dany sposób, wyglądać w dany sposób i posiadać dane zainteresowania. Zaczęło mi się wydawać, że to bycie taką, jak inni to jedyna droga do osiągnięcia sukcesu – choć na zewnątrz zawsze głosiłam coś odwrotnego (wszyscy mamy w sobie takie konflikty).
Przyznaję, że całkiem zaimponowała mi sława i kasa, a poświęcenie swojego własnego wyglądu, opinii i zachowania zdawało mi się dobrą do nich drogą. Udawałam kogoś innego, co prowadziło mnie do myśli, że sama w sobie nie jestem wystarczająco fajna, więc powinnam udawać kogoś innego, więc nie jestem wystarczająco dobra… i tak w kółko.

Wpadłam w porównywania się do innych. Moje przekonania podsycały pytania o to, czemu się nie maluję do Stories, dlaczego nie podróżuję stale i dlaczego nie mówię zawsze tylko o podróżach. Doszło do momentu, kiedy zrobienie jednego posta na Instagramie zabierało mi energię na cały dzień. Do momentu, kiedy po zaplanowaniu postów na Facebooka musiałam “odleżeć” to przez kilka dni, bo fizycznie nie miałam siły.


Zależało mi na opiniach i poleceniach innych, bardziej znanych blogerów. Na pojawianiu się w rankingach, na tym żeby ktoś “znany” powiedział o mnie coś dobrego. Gdy ktoś mówił – zaraz chciałam, żeby powiedział ktoś inny. Gdy byłam w rankingu – zaraz potrzebowałam być w kolejnym, “lepszym”. Często pisałam z myślą “ha, pewnie po tym taka-i-taka mnie zauważy”. Nawet podczas pisania tego wpisu pojawiła się we mnie taka myśl.
Tu znowu – gdyby ktoś zapytał mnie czy zależy mi na opinii innych, powiedziałabym kategoryczne “nie”. Nagle jednak to nie ja prowadziłam Duże Podróże. Z zachłannością czytałam wskazówki innych blogerów w jaki sposób pisać bloga i “musiałam” się do nich stosować, nawet gdy zaprzeczały same sobie. Nie pisałam bo lubiłam i dla osób które lubię, pisałam żeby zostać zauważona. Poobrażałam się na niektórych blogerów i rankingi, że mnie “nie zauważyli” (serio). Musiałam im wszystkim pokazać: więcej numerów, więcej postów, więcej udowadniania własnej wartości. Czułam ogromny stres podczas pisania, a samoocena dalej leciała poniżej zera. Jeśli nie doceniali mnie dosłownie wszyscy, czułam się jakby nikt mnie nie doceniał.


Duże Podróże stały się też moją pracą, blogiem z którego zarabiałam pieniądze. A przynajmniej bardzo chciałam, bo wcale nie szło mi to dobrze.
Reklamodawcom nie odpowiadały moje stawki, co ogromnie mnie bolało. Obwiniałam agencje i „współblogerów”, w końcu siebie. Było mi przykro, że wpisy sponsorowane nie miały ogromnych wyświetleń, którymi chwalili się inni. Chciałam żeby blog był atrakcyjny dla reklamodawców, nie zważając na to, że znowu po drodze tracę swój głos.
Myślałam, że do niczego się nie nadaję choć teraz widzę, że brak mnie samej na blogu miał z tym sporo wspólnego. Moje kolejne tajemnice: nie byłam na 100% przekonana, że reklamy na blogach w ogóle działają (mimo tego, że na wielu przykładach jak najbardziej widać, że działają). Bałam się, że dostanę hejty za reklamę (i dostawałam).

Nie ogarniałam, gdy ktoś z influencerów polecał jakieś picie, jedzenie, biżuterię, kosmetyki i samochody jako drogę do lepszego, bardziej spełnionego życia. Sama od lat jestem minimalistką i antykonsumpcjonistką. Nie wierzę, żeby jakikolwiek przedmiot, a nawet doświadczenie miałoby dać mi stałe szczęście. Ułatwić życie, pomóc: owszem. Szanuję też, że dla kogoś przedmioty mogą być ważne, ale dla mnie absolutnie i już od dawna nie są.
W związku z tym podejściem zawsze z tyłu głowy miałam myśl, że nie umiem nic reklamować.

Miałam coraz mniejsze przekonanie, że nadaję się do współprac. Zazwyczaj zawyżałam wśród rodziny i znajomych ilość pieniędzy, jakie dostawałam z Duże Podróże, bo było mi głupio powiedzieć wprost, że to Miłosz zarabia więcej.
Chciałam być przecież niezależną kobietą plus bolało mnie, że spędzam nad blogiem po osiem godzin dziennie przez trzy-cztery lata i mam z tego średnią krajową, więc mogłabym się zająć w sumie czymkolwiek innym. Na pytania reklamodawców zaczęłam odpowiadać niechętnie, z opóźnieniem, pełna strachu i niepewności. Gdy chcieli, żebym napisała na blogu ich słowa i do moich tekstów wprowadzali poprawki (takie nieuwzględnione w umowie), nie byłam w stanie powiedzieć “nie” i zrobić coś po swojemu.
Widzę teraz, że mimo moich najlepszych chęci reklamy na blogu nie były przez to szczere.


Przez swój punkt widzenia i wewnętrzne konflikty zaczęłam myśleć, że inni blogerzy są nieszczerzy i wciskają ludziom nieprawdę. Myślałam, że wszyscy przeżywają podobny do mojego wewnętrzny konflikt tylko udają, że tak nie jest. Czułam się lepsza od nich. We wszystkich i wszystkim widziałam dokładnie to, o co podejrzewałam samą siebie.

Ogromnie zazdrościłam osobom takim, jak Asia Glogaza, Eliza czy Ula, które zachowały szczerość i autentyczność przez wszystkie lata blogowania. Przyznaję, że w przeszłości mnie ostro wkurzały bo miały coś, czego ja nie miałam: odwagę bycia sobą.


Kwestia negatywnych komentarzy: zaczęły mnie boleć coraz bardziej, choć nie było ich nawet wiele. Kiedy jeszcze ten blog był równoległy do mnie samej, to raczej się śmiałam z hejtu i niemiłych wiadomości, potem zaczęłam się bronić, ale po pewnym czasie zaczęłam brać je do siebie coraz bardziej. Od roku po każdej takiej wiadomości nie jestem w stanie pisać i publikować przez kilka tygodni. Zdaje mi się, że przeczuwałam że nie prowadzę Duże Podróże w 100% w zgodzie ze sobą, więc gdy widziałam hejt z którym choć trochę się zgadzałam, to odbierało mi to mnóstwo siły.
Doszło do punktu, w którym odebranie i odpisanie na jednego maila było dla mnie wyczynem. Przeglądałam skrzynkę wiadomości i komentarzy na moim Facebooku ekstremalnie rzadko i zawsze z ogromnym strachem. Wielokrotnie przez komentarze płakałam przez kilka dni i nie wiedziałam nawet, czemu mnie tak bolą. Coraz bardziej unikałam swoich skrzynek z wiadomościami.


W powyższych zdaniach widać na pewno, dlaczego było mi tak trudno ująć pewne sprawy w słowa i wypowiedzieć je na głos. Widzę ogromną ilość błędnych kół, w które się wpakowałam. Muszę przyznać, że uświadomiłam je sobie w ciągu ostatnich kilku dni, a część nawet w trakcie pisania tego posta. Przykro mi, że tak wyszło. Wróciła mi pokora.

W końcu jestem w stanie przyznać sama przed sobą „najstraszniejszą prawdę”: podróże to nie jest już 100% moich ambicji i nie jest to wszystko, czego od życia chcę.
Przez presję i wymagania od siebie, przez chęć zadowolenia innych, wyciśnięcia maksa z bloga, ale też przez porównywanie się do innych, część podróży związana z blogowaniem stała się rodzajem przykrego obowiązku. Mam na myśli te momenty, kiedy robiłam coś, co miało potem iść na bloga lub do social mediów.

W końcu podczas prowadzenia tego “życia marzeń” zaczęłam sobie zadawać pytanie: “A co jest dalej? Czy naprawdę osiągnęłam już wszystko?”

Dalej uwielbiam jeździć, ale prawda jest taka, że podróże nie dały mi wyczekiwanego, długotrwałego szczęścia i spełnienia. Zaczęłam czerpać z nich większą radość dopiero po przeprowadzce na stałe do Edynburga, kiedy zaczęłam się zastanawiać nad swoimi priorytetami, odpowiadać sobie na pewne bardzo trudne pytania i gdy w końcu nauczyłam się tęsknić za domem. Myślę, że jestem osobą która może zrobić na świecie coś więcej, niż tylko podróżować.


Przez to wszystko przestałam się czuć na Duże Podróże jak u siebie. Nie czułam wolności bo nie miałam siły prowadzić bloga, na którym się nie wyrażałam.

Zaczęłam więc pisać rzadziej, miałam fale kiedy bardzo się motywowałam i byłam w stanie mnóstwo napisać i zaplanować, ale potem przychodziła któraś z powyższych wątpliwości więc potykałam się i przestawałam publikować. Widzę też, że przez to powstał chaos, brak regularności, bardzo aktywne momenty przeplatane zupełną ciszą. Nie miałam siły zaglądać na tę stronę. Nie chciałam rozmawiać ze znajomymi i z rodziną o blogu, nie chciałam otwierać żadnych skrzynek z wiadomościami i odpowiadać na jakiekolwiek pytania. Wszystko związane z Duże Podróże budziło we mnie opór, smutek, stres, strach, ale też wstyd i złość. Byłam tu obca. Mam za sobą wiele nieprzespanych nocy, wiele płaczu, wiele naprawdę ciemnych momentów, kiedy nie potrafiłam się pozbierać i nie wiedziałam czemu. Stałam się negatywna wobec blogerów, marketerów, maili, podróżowania, pisania i w ogóle wobec wszystkiego, co kojarzyło mi się z Duże Podróże. Kręciłam się w kółko. Próbowałam to zmienić, ale wychodziło tylko gorzej.
A przede wszystkim zdawało mi się się, że sprawy zaszły za daleko i już nie mogę pisać nic od siebie. Panicznie bałam się napisać o czymś, co mnie interesuje i pokazać siebie taką, jaka jestem.

Coraz częściej myślałam o tym, żeby zamknąć bloga bo nie widziałam innego wyjścia. Brakowało mi wolności i luzu, pisania dlatego, że lubię pisać i robienia tego, na co ja mam ochotę. Brakowało mi pewności siebie, by powiedzieć “nie”. Docenienia tego, co udało mi się osiągnąć. Daleko zaszłam i sporo udało mi się osiągnąć, ale cena jaką zapłaciłam jest zbyt wysoka.


Biorę wszystko to na siebie, choć większości błędnych kół nie zauważyłam do teraz. Nie mam pretensji do nikogo, że tak wyszło. Nie winię “Internetu”, ani blogerów, ani Czytelników, ani jakiejś ciemnej masy, która jest przeciwko mnie. Sama się w tę pułapki zamknęłam i sama doprowadziłam do takiej sytuacji.

Jestem w stanie wybaczyć sobie lata gonienia za własnym ogonem, lata bycia zgorzkniałą i cyniczną, nieszczęśliwą. Jestem też w stanie wybaczyć sobie, że sporo rzeczy poszło nie tak, jak planowałam. Było mi bardzo trudno zaakceptować pewne fakty, ale już akceptuję.

Mam nadzieję, że Wy, Czytelnicy Duże Podróże, również jesteście w stanie mi wybaczyć. Jeśli w tym czasie coś zrobiłam nie tak, kogoś uraziłam, komuś zrobiłam krzywdę – przepraszam. Jeśli mogę w jakiś sposób wziąć odpowiedzialność osobiście, zapraszam do kontaktu. W najbliższym czasie będę się też odzywać do niektórych osób.

Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną w ciągu ośmiu lat. Nadałam Wam ciemną stronę, a tymczasem wspieraliście mnie we wszystkim, co robię. Dziękuję za bycie ludźmi, którzy wierzą i wspierają innych ludzi, nawet tych których nie znają. Dziękuję za wspaniałe słowa, które pisaliście w komentarzach i mailach przez te lata. Dziękuję za zaufanie.


Ten artykuł oddziela grubą kreską dotychczasowe Duże Podróże i zaczyna od nowa. Zostawiam za sobą swoje przekonania o tym, jaka mam być, co mam robić i jakie mają być blogi. Zostawiam swój żal do blogerów, marketerów i czytelników, swój strach. Zostawiam też żal do siebie samej i złość na siebie. Akceptuję to, co się stało i co się nie stało, i po prostu wybaczam sobie i wszystkim innym. Jestem szczęśliwa, że przecież mimo wszystko bardzo daleko zaszłam!

Na blogu będą bardzo duże zmiany.
Od tej chwili piszę i robię tylko w 100% to, w co wierzę. Kiedy chcę, jak chcę, ile chcę. Będę pisać o tym, jakie pytania doprowadziły mnie do uświadomienia sobie powyższego; o tym jak nauczyłam się doceniać dom, rodzinę, przyjaciół i samą siebie; o ogromnych zmianach jakie przeżyłam w ciągu ostatnich dwóch lat; o swoich aktualnych zainteresowaniach i priorytetach; w końcu o tym, jak teraz podróżuję. Nie wiem jeszcze dokładnie jak to będzie wyglądać i o czym będę pisać, ale dowiem się, bo przy każdym zdaniu będę zadawać sobie pytanie: „czy to ja to piszę? Czy to mój głos?”

Od teraz na pierwszym miejscu jest dla mnie odzyskanie przyjemności z pisania i blogowania.

Od tego wpisu blog Duże Podróże to miejsce na moje eksperymenty, kreatywność i wolność. Na moją autentyczność i szczerość, na moje przekonania i opinie. Moje kolejne podróże to czas dla mnie, czas wolności i czas, który doceniam.

Znowu wierzę, że jestem osobą która ma bardzo dużo do przekazania innym. Wierzę w blogi i w pisanie. Zaczynam od nowa.

Duże Podróże to od teraz miejsce na mnie.


KategorieBez kategorii
Aleksandra Bogusławska

Dwa lata spędziłam w podróży, żyjąc na walizkach i co kilka tygodni zmieniając adres zamieszkania. Dziś mieszkam na stałe w domku na szkockiej wsi. Dużo spaceruję, gotuję wegańsko, spędzam czas w ogrodzie, doceniam małe przyjemności i spokojne życie.
Jestem autorką wszystkich tekstów i zdjęć na stronie.

  1. Ewa says:

    Niestety pisanie pod cos lub pod kogos tak wyglada. Czytuje niektore blogi od lat I widze jak posty sie zmieniaja na niby bardziej profesjonalne ale bezduszne. A juz posty sponsorowane gdzie blogger krazy wokol jakiegos tematu by pod koniec polecic product… ja celowo na blogu nie stosuje zadnych trikow seo I nie sprawdzam statystyk. Jestem blogiem niszowym I pisze tylko to co chce I jak chce:) powodzenia we wszelkich zmianach zycze :)

    1. Aleksandra Bogusławska says:

      Dziękuje Ci bardzo, Ewa!
      Wiesz, z wpisami sponsorowanymi jest jakiś taki trudny do utrzymania balans. Fajnie z jednej strony zarabiać na robieniu czegoś, co lubi się robić (prowadzenie bloga), ale z drugiej jest ten problem szczerości w polecaniu produktów, no i czytelnicy dość łatwo się mogą czuć oszukani.
      Dla mnie w ogóle utrzymanie balansu z blogowaniem stało się trudne – na przykład „triki” SEO sprawiają, że docieram do większej ilości osób, ale z drugiej: to nie są osoby którym w ogóle zależy na Duże Podróże. Fajnie też widzieć, jak blog wzrasta i pisać posty które podobają się wielu osobom, ale trzeba pamiętać o umiarze i zachowaniu swojego charakteru. Mnie też na początku wyniki, komentarze itd bardzo motywowały do pisania więcej, szkoda tylko że w pewnym momencie stały się najważniejsze…

      1. Ania says:

        O rety! Ale zmiany! Twoje wcześniejsze wpisy były dla mnie bardzo cenne i pomocne. Z ogromną ciekawością będę śledzić dalej Twój blog.
        Trzymaj się, będzie dobrze :)

  2. Klaudia says:

    Bardzo to szczery i prawdziwy wpis. Ciesze się, że Cię czytam i że nie zamykasz Duże Podróże. Twoja książka sprawiła mi wiele przyjemności w te wakacje a tak naprawdę część podróżnicza to według mnie jakieś 20% jej treści, reszta to historie o ludziach i zmianach, jakich dokonali w sobie i swoim otoczeniu:)

    1. Aleksandra Bogusławska says:

      Dziękuję Ci bardzo Klaudia! To prawda, że treści podróżniczych tam było mniej, a te historie ludzi i dla mnie są najfajniejszą częścią w książce :) Może coś podobnego spróbuję na blogu :)

  3. Dobrze, że to wszystko napisałaś, to chyba pierwszy taki coming out w blogosferze, jaki czytam – a podejrzewam, że więcej osób mogłoby się podpisać pod Twoimi słowami. Trzymaj się i przede wszystkim, nie nakładaj teraz na siebie presji odwrotnej :)

    To, co napisalaś, mi uświadamia, że dobrze zrobiłam, trzymając się swoich wartości kosztem popularności. Myślę, że byłabym podobnie nieszczęśliwa. Dzięki za ten tekst!

    1. Aleksandra Bogusławska says:

      Dzięki wielkie! Na szczęście nie czuję się jakaś mega nieszczęśliwa, tylko taka właśnie pod presją i „stłumiona”, jeśli wiesz co mam na myśli :) Spodziewam się też, że teraz będę szybciej wyłapywać takie pułapki, więc wszystko wyszło na dobre.
      Dzięki jeszcze raz i ściskam!

      1. Agnieszka says:

        Olu,
        Jakie szczęście, że kilka lat temu Cię odkryłam. Twój blog jest piękny, kolorowy i dobrze się go czyta. To dzięki Tobie zrobiłam kolejny krok w moich podróżach – bo żaden Twój wpis nie narzucał, nie kazał, a inspirował. Portugalia, którą zobaczyłam dzięki Tobie była cudowna – wówczas zrobiłam Twoją trasę. Zapytałam Cię wówczas o wypożyczenie auta. Czy to trudne i czy warto :) Dziś mam za sobą kilkanaście podróży, wynajmuję autko i jadę zwiedzać, tak jak chcę i tak długo jak chcę. Pokazałaś mi, że podróże są dla każdego wystarczy się odważyć. W Twoich wpisach, poradach zawsze widziałam świetną dziewczynę, a dziś udowadniasz, że dodatkowo bardzo silną. Życzę Ci powodzenia, a droga … zmienisz ją jeszcze wielokrotnie, to się nazywa życie i dojrzewanie :) Lubię Cię wiec będę wciąż do Ciebie zaglądać i Ci kibicować.
        Ps. Inspiracja jogą to również Twoja zasługa :))

        Pozdrawiam z Jordanii.
        Agnieszka

  4. Monika says:

    Na Twojego bloga natrafiłam niedawno, szukając informacji o Orgosolo. To był jeden z bardzo niewielu wpisów w polskim internecie, który opowiadał o tym mieście w sposób ciekawy, ale też pogłębiony. To nie był wpis na zasadzie – „tu byłam, jest fajnie, ludzie przyjaźni, jestem wyluzowaną podróżniczką, jedzą tutaj to i to”.

    Nie wiem czy Orgosolo to był wpis początkowy czy końcowy, sprzed czy po „zmianie” ale zasubskrybowałam Twój fanpage, czekając na więcej – czy to będzie o podróżach czy o innych ważnych rzeczach – to tak jak zatrzymać się czasem i porozmawiać z ciekawym człowiekiem :).

    1. Aleksandra Bogusławska says:

      Dziękuję Monika! Wpis o Orgosolo pisałam już wieeele lat temu, ale dalej jest to jeden z moich ulubionych wpisów na blogu i cudownie, że ktoś go odkrywa i docenia na nowo :) Myślę, że będzie też inspiracją do innych wpisów bo to rzeczywiście jeden z postów, które pisałam z wypiekami na twarzy i wspaniale to wspominam. Jeszcze raz dziękuję za wspaniałe słowa i ściskam!

  5. margot says:

    Ola, czytam twój blog od wielu lat i bardzo lubię twój styl pisania! Ale wiesz, pamiętam jak kilka lat temu pojechałaś z innymi blogerkami bodajże do Hiszpanii, do Benidormu i zaczęłaś wtedy pisać o tym jak to one Cię uczyły ustawiania się do zdjęć, te słynne foty tyłem z kapeluszem na głowie itp., zaczęłaś pisać o rozwoju w tym kierunku. I wtedy właśnie pomyślałam „o nie, kolejna fajna blogerka, która za chwilę postować będzie te same zdjęcia co połowa instagrama, z przerysowanymi filtrami, która za chwilę stanie się słupem reklamowym..”. Nie ukrywam, że zauważyłam w Tobie i twojej twórczości ten trend, ale cieszę się, że nigdy nie urósł on do tak monstrualnych rozmiarów jak u innych. Cały czas wydawało mi się jednak, że próbujesz zachować w tym autentyczność, dlatego do dziś Cię obserwuję :) nie próbuj być podobna do Elajzy (której szczerze nie lubię właśnie za takie lekceważące podejście do czytelników) i całego tego insta biznesu. Może po prostu nigdy nasze surowe, gorące marzenia nie będą mogły stać się „pracą marzeń”, bo taka w moim przekonaniu nie istnieje..? Pisz bloga dla przyjemności, bo ja bardzo chciałabym Cię dalej czytać :)

    1. Aleksandra Bogusławska says:

      Kurczę niesamowite, że to pamiętasz Małgorzata! Wiesz co, tamten wyjazd to była fajna przygoda i szczerze: było fajnie się nauczyć pozować w taki sposób, choćby dlatego że teraz dużo lepiej wychodzę na prywatnych fotach, a przez to dużo lepiej się czuję ze sobą! Jeśli chodzi o jakieś takie zagubienie, to myślę że zaczęło się to jeszcze przez wyjazdem do Hiszpanii. Próbowałam też różnych rzeczy, patrzyłam co mi pasuje a co nie, ale myślę że ostateczne postanowienie jest takie że nie trzeba próbować tego, co inni, a zrobić po swojemu :)
      Jest też taka prawda, że te takie ustawiane i przerabiane zdjęcia jednak się podobają większości osób! Byłam sama tym zaskoczona, jak dużo dostawałam lajków i pozytywnych komentarzy pod nimi. I to jest wbrew pozorom fajne przyjemne uczucie, i szczerze? Może troszkę aż uzależniać. Ale to nie dla mnie.
      Co do Elizy, to jest ona moją bardzo bliską koleżanką i prywatnie wspaniałą, bardzo ciepłą osobą u której nie podejrzewam żadnej nieautentyczności. Wiem, że są różne zdania na jej temat, ale ja się z nimi nie zgadzam :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *