Jak odzyskałam soboty: cyfrowy detoks

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

W ciągu ostatnich kilku lat telefon stał się moim stałym towarzyszem. Rzadko kiedy wypuszczam go z zasięgu wzroku. Choć nigdy nie powiedziałabym, żeby to było “uzależnienie”, to jednak po godzinie (a czasem nawet po kilkunastu minutach) bez Internetu czułam pewnego rodzaju pustkę, i miałam odruchy bezwiednego sięgania po telefon. Dlatego w czerwcu zeszłego roku postanowiłam, że w soboty nie korzystam z żadnych urządzeń.

Na wstępie mówię od razu, że to nie jest artykuł o tym, że technologia jest beznadziejna i powinniśmy wszystko porzucić i wrócić do jaskini. Absolutnie nie! Widuję stwierdzenia, że cała technologia jest toksyczna, ale nie zgadzam się z nimi, również dlatego że właśnie dzięki Internetowi mój mąż oraz ja mamy pracę, możemy pracować z domu, robimy rzeczy które uwielbiamy robić, poznaliśmy mnóstwo ludzi i utrzymujemy z nimi kontakt mimo wielkich odległości, zwiedziliśmy świat, nauczyliśmy się mnóstwa rzeczy dzięki kursom, itd itp… Lista jest bardzo długa, a Internet pozostaje nieodłączną częścią mojego życia.

    Mam wrażenie, że automatyczne korzystanie z Internetu spowodowało, że to Internet zaczął korzystać ze mnie.

Mam jednak wrażenie, że automatyczne korzystanie z Internetu, a przede wszystkim z telefonu spowodowało, że to Internet zaczął korzystać ze mnie, a jakość mojego życia zaczęła spadać. Miewałam i miewam takie sytuacje, kiedy bezmyślnie odpalam telefon, włączam Instagrama, przeglądam powiadomienia… i dopiero wtedy “budzę się” i uświadamiam sobie, że to robię. Często bezmyślnie googluję coś, co mnie nawet nie obchodzi. Zawsze gdy (chociaż przez parę minut!) czekam w kolejce, czy siedzę w transporcie publicznym, i tak strasznie się nudzę, że od razu muszę odpalić telefon i coś poprzeglądać. I przeglądam: strony które mnie tak naprawdę nie interesują, oglądam filmiki które nie mają dla mnie żadnego znaczenia – albo nawet wpływają na mnie negatywnie (na przykład psują mi humor wizjami katastrof, sprawiają że porównuję się do innych lub przeciwnie – śmieję się z głupoty ludzi. Dla mnie to nie jest w porządku).
Wiem, że nie jestem jedyną osobą która tak ma bo widzę jak szybko i jak często do telefonu “uciekają” ludzie dookoła mnie: czy to na ulicy, czy znajomi, którzy w trakcie rozmowy nagle automatycznie sięgają po urządzenie, by sprawdzić nowe powiadomienia.

Oczywiście wszystko fajnie jeśli dzięki Internetowi odpoczywam albo jest moją drobną przyjemnością w ciągu dnia, ale w którymś momencie przestaje to być taką lekką zabawą, a zaczyna być… czymś więcej. Dużo ludzi nazywa to uzależnieniem, ale dla mnie to nieco zbyt mocne i sterylne słowo, które nie dochodzi do sedna.

    Wiem jedno: nie pasuje mi, gdy to telefon rządzi mną.

Niezauważenie dla mnie samej, ucieczka od nudy i lekka rozrywka przeistoczyły się w coś dużo większego. Musiałam mieć telefon w ręce gdy przechodziłam z pokoju do pokoju, “żeby się nie nudzić i coś szybko sprawdzić”. Musiałam go mieć przy sobie od razu po obudzeniu się i tuż przed pójściem spać. Oglądając Złoty Pawilion w Kioto jednym okiem oglądałam Snapchata znajomych. Widziałam też jak inni turyści będąc tam przeglądają zdjęcia znajomych, którzy właśnie są w Nowym Jorku. Musiałam, musiałam mieć ciągle telefon w pobliżu, ciągle sprawdzać powiadomienia, sprawdzić czy coś do mnie nie przyszło, sprawdzić czy nic się nie stało, czy coś mnie nie ominęło.

Sorry, ale to jest jakiś problem.

Miałam w związku z moim telefonem mnóstwo emocji, i nie wszystkie były pozytywne. Tak naprawdę doszłam do momentu, kiedy praktycznie żadne nie były pozytywne.
Miałam stałe uczucie niepokoju, byłam zła na social media, a jednocześnie i tak z nich ciągle korzystałam. Miałam uczucie pustki gdy byłam z daleka od “rzeczy w Internecie”, i chęć natychmiastowego uzupełnienia tej pustki.
Zaczęłam się porównywać do innych – i wypadałam bardzo źle (jeśli korzystacie z Instagrama i wydaje Wam się, że nie macie tego problemu, to przeczytajcie ten post. Podobnych opinii są tysiące).
Nie byłam w stanie się skupić na dłuższych rozmowach, na filmach i książkach. W ogóle nie byłam w stanie się skupić na dłużej.
Byłam zdecydowanie zbyt wkurzona jeśli koło mnie nie było telefonu na którym mogłam coś sprawić.
A przede wszystkim, możliwość zrezygnowania z telefonu wydawała mi się kompletnie przerażająca. Tak jakby to było coś, co trzymało mnie przy życiu.
No bez przesady.

Dalej nie uważam, żebym wkroczyła na teren “uzależnienia”, ale miałam takie uczucia i bardzo mi one nie odpowiadały, nie wydają mi się zdrowe. Próbowałam kilku rozwiązań takich jak odinstalowanie niektórych apek (po ponownym zainstalowaniu korzystałam z nich jak szalona), albo zostawianie telefonu w domu (po powrocie cisnęłam na telefonie kilka godzin), albo blokowanie pewnych stron (bardzo szybko znalazłam sposoby na obejście blokady). Dlatego gdy usłyszałam o cyfrowym detoksie, pomyślałam że to coś dla mnie.

    Gdy pierwszy raz usłyszałam o cyfrowym detoksie, zdawał mi się przerażającym pomysłem. Dlatego po chwili namysłu powiedziałam “robię to”.

Digital detox jest pewnego rodzaju “trendem” i w ciągu ostatnich miesięcy czytałam sporo artykułów, słuchałam kilku podcastów i nawet oglądałam filmik na Youtube o tym, w jaki sposób najlepiej jest detoks od Internetu przeprowadzić (zauważcie, że wszystkie te idee odnalazłam dzięki Internetowi właśnie – co za paradoks). Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym pomyśle, zdawał mi się przerażający, trudny do wykonania i w ogóle nierealny. Dlatego po chwili namysłu powiedziałam “robię to”. Nie urodziłam się z telefonem w ręce, i dalej przez większość mojego życia smartphonów nie było. Dlatego jeśli przerażające jest dla mnie zrezygnowanie z telefonu na jeden dzień, to być może coś poszło za daleko?

Chciałam się przekonać. Z moim mężem postanowiliśmy, że w soboty nie korzystamy z telefonów, tabletów, komputerów, telewizora, konsoli. W ogóle. W piątek wieczorem wyłączyłam telefon.

Pierwsza sobota bez technologii

Pierwsza sobota była straszna. Z jakiegoś powodu zaczęłam mocno panikować – miałam takie myśli, że coś strasznego się stanie i się o tym nie dowiem! Co, jeśli dostanę jakąś niesamowicie ważną wiadomość i szybko na nią nie odpowiem? Co, jeśli w mojej rodzinie stanie się tragedia? Co, jeśli będzie jakaś katastrofa i rząd wyśle powiadomienia o ewakuacji, i nie będę o tym wiedziała?!? Takie myśli naprawdę przechodziły mi przez głowę.
Oczywiście nic się takiego nie stało. Nikt do mnie nie pisał przez cały dzień. To była zupełnie normalna sobota.

Będę zupełnie szczera: zdaje mi się, że skoro pojawiają się we mnie takie myśli, to coś jest nie tak z moją relacją z technologią.

Byłam przerażona, że będę się nudzić, że nie będę wiedziała, co ze sobą zrobić, że będę chciała coś “pilnie” wygooglować i tego nie zrobię (wiem, niezły życiowy problem). Skończyło się na tym, że zajęłam się hobby, zaczęłam malować, posprzątałam mieszkanie, czytałam książkę na którą od dawna “nie miałam czasu”, w ogóle nagle miałam strasznie dużo czasu i lepszy humor.

A najważniejsze? Wspaniale rozmawiało mi się z Miłoszem. W kompletnie nierealny i zapomniany sposób czułam, że uważniej go słucham i jestem słuchana. Wyszliśmy na spacer i pogoda wydawała się lepsza, było mniej rzeczy na które warto było narzekać, bo wszystko było dobrze, było spokojnie, było cicho.
Następnego dnia obudziłam się rano i naprawdę nie chciało mi się sięgnąć po telefon.

Pierwsze kroki w stronę zdrowej relacji z moim telefonem

Już prawie od dziesięciu miesięcy wyłączamy telefon w piątki wieczorem. Czasem (możliwie jak najrzadziej) robimy wyjątki i korzystamy z map, albo dzwonimy do rodziny. Robię też jogę z filmiku na YouTubie.

We wrześniu w Japonii bawiłam się niesamowicie dobrze bez bycia rozproszoną InstaStories. Świetnie po prostu usiąść sobie w knajpie i przyglądać się ludziom, zamiast telefonowi. Mój świat się nie wali, gdy przez kilka dni nie sprawdzam czy będzie ten Brexit, czy zdarzyło się jakieś trzęsienie ziemi na końcu świata, co powiedziała Elajza na Stories. Dla mnie momenty bez telefonu są w 100% czasem dla mnie, kiedy żyję swoim własnym życiem. Fajnie jest przez chwilę pooglądać pieska na Instagramie, ale fajniej jest świadomie dokonać wyboru: piesek czy relacja z moim mężem.

    Zauważyłam też inny, niesamowity i niespodziewany aspekt takiego detoksu: jestem mniej zmęczona. Po prostu mam więcej siły i energii, bo nie marnuję jej na zajmowanie się rzeczami, które nie mają dla mnie znaczenia.

Na codzień oczywiście korzystam z Internetu i technologii, jednak coraz częściej zadaję sobie pytania czy tego naprawdę potrzebuję, i czy w danej chwili na pewno muszę coś sprawdzić, włączyć, zobaczyć. Nadal mam odruchy, za to uczę się je zauważać i nie zawsze się ich nie słuchać. Wyłączyłam wszystkie powiadomienia w telefonie oprócz tych przychodzących od rodziny. Okazało się, że żadne koszmarne rzeczy się nie dzieją, a maile i wiadomości spokojnie mogą na mnie poczekać.

Być może jest sporo osób, które tego typu detoksy od Internetu uważają za wymysł, albo myślą że problem ich nie dotyczy. Rozumiem to, i być może niektórym to nie przeszkadza, albo umieją dobrze zbalansować wpływ telefonu na swoje życie. Trudno jednak zaprzeczyć badaniom naukowym które twierdzą, że nadmierne korzystanie z technologii negatywnie wpływa na nasze relacje, zdrowie psychiczne, sen i produktywność. Tych badań jest naprawdę sporo.

Dlatego jeśli uważacie, że macie dobrą relację z telefonem, to na pewno możecie zrezygnować z niego na jeden dzień i zaobserwować swoje samopoczucie. Jeśli będzie przerażająco i będziecie odczuwać “efekt odstawienia”, to może coś jednak jest na rzeczy. Po tym pierwotnym szoku przychodzi jednak czas na pozytywne efekty, takie jak większy spokój i satysfakcja z życia, mniej narzekania, lepsze relacje… zresztą, sami możecie się przekonać.

Po kilku miesiącach czuję, że zrobiłam duży progres, jednak to dopiero początek zastanawiania się nad moją relacją z technologią. Prawdziwy świat wydaje mi się dużo ciekawszy, gdy obok nie ma telefonu. Lepiej mi się rozmawia z ludźmi, mam więcej energii i czasu. A przede wszystkim dzięki temu pierwszemu krokowi odzyskałam soboty. Jestem podekscytowana tym, co będzie dalej :)

Więcej czytania:

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • mam podobny problem i chyba nie boję się tego nazywać uzależnieniem. to uczucie podobne do „muszę zapalić” ;) najbardziej denerwuje mnie ilość czasu, który na to marnuję, i ile produktywniejsza mogłabym być, gdyby nie to ciągłe skrolowanie. na razie testuję patent „dwa razy dziennie”, zobaczymy jak wyjdzie :)

    • trzymam kciuki! Myślę że dla każdego może działać coś innego :) Ale kurczę totalnie tyyyle czasu się na to marnuje że aż strach pomyśleć, i myślę że nie tylko w trakcie skrolowania, ale też później naprawdę dłużej zajmuje mi ponowne skupienie się…

  • Myśle,ze piszesz o bardzo istotnym problemie naszych czasów, ja jednak nazwę to naszym,współczesnym uzaleznieniem. Nic dodać,nic ująć to wszystko oparte jest na sporych dawkach dopaminy dostarczanej do naszych mózgów przez konkretne bodźce, którymi są właśnie przeczytane historie,likes,obejrzane stories itp. W rezultacie przemieszczamy się z telefonem w ręku z pokoju do pokoju, no a w kawiarni coraz mniej ludzi ze sobą rozmawia kosztem oglądania tego co tam w necie. Nie wspomnę już o ulicznych zombie, bo jak nazwać inaczej tych młodych ludzi sunących na ślepo chodnikiem z telefonem przed oczami. U mnie ta przypadłość objawiła się jakiś czas temu totalnym zawaleniem domowych obowiązków, bo ważniejsze było promowanie posta i czytanie tysiąca innych wpisów na FB,czy Instagramie. Zwolniłam, mam się dobrze i zastosowałam podobnie jak Ty cyfrowy detox, mój telefon wyłączam w niedziele. Mam bardziej zorganizowane Social media, planuje coś z głowa a telefonu nie dotykam nawet 3 h przed snem, bo jednak białe światło za bardzo pobudza moje komórki mózgowe i później problemy z zaśnięciem lub wybudzanie w nocy mam zagwarantowane. Pozdrawiam :)

  • Pingback: CYFROWY DETOKS – CZY GO POTRZEBUJESZ? CO ZMIENI W TWOIM ŻYCIU? JAKA FORMA JEST NAJLEPSZA DLA CIEBIE? – Internetka()