Najmniej romantyczne miasto na świecie, za którym jednak trochę tęsknię.

Poprzedni wpis z serii (Bruksela) —– Wyprawa autostopem Amsterdam-Bruksela-Paryż

Początkowo mieliśmy plan, żeby zostać w Paryżu tylko na parę dni. Jak później się okazało, musieliśmy do Paryża wrócić z Dijonu aż na tydzień; ale o tym później.

Nasz paryski host Mouhcine bywał miły, ale ogólnie źle czuliśmy się w jego towarzystwie. Poza tym, jego mieszkanie miało z 25 m kw, na których w trójkę spaliśmy, jedliśmy, myliśmy się… problemów była masa, śmieszyły go programy w których kobietom zdejmuje się majtki na ulicy, wstawał o 7 rano, nigdy nie gotował, typowy młody samotny mężczyzna. Oczywiście ktoś może powiedzieć „lepsze to niż brak dachu nad głową”, ale my czuliśmy się co najmniej nie na miejscu, poza tym nauczyliśmy się trochę wybrzydzać po wspaniałym przyjęciu w Brukseli. Mogę jeszcze dodać, że był Marokańczykiem.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to na początku zrobiliśmy taką zwykłą turystyczną trasę z Luwru aż do Łuku Triumfalnego, upierając się mocno że nie korzystamy z metra.

Paryż ciężko jest zwiedzać tylko na piechotę, bo miasto jest ogromne i praktycznie zawsze trzeba dojeżdżać. Mimo tego, że mieszkaliśmy w tzw. ścisłym centrum (w piątce), to i tak wszędzie było daleko.

Komunikacja miejska w Paryżu ma super opcję biletów weekendowych, które działają dowolną ilość razy w sobotę i niedzielę. Kosztują chyba z 7 euro i to się szybko opłaca, bo zwykły bilet na jeden przejazd kosztuje 1 euro.

Warto w metrze poprosić o mapę (bo jest ładna, bo są na niej najważniejsze atrakcje), pamiętając oczywiście że Francuzi brzydzą się innych języków niż ich własny, a w ich języku „mapa” to „carte”.

Sephora na Polach Elizejskich, zapisała się złotymi zgłoskami w moim sercu.

Byliśmy tam parokrotnie tego dnia, bo ciągle nie mogłam się zdecydować na perfumy. Za którymś już razem pani ekspedientka mnie rozpoznała i stwierdziła że okropnie podoba jej się mój kolor włosów. Podobał się jej tak bardzo, że postanowiła zrobić mi darmowy makijaż Diora. Do końca dnia chodziłam dumna i blada, a do teraz pielęgnuję sentyment do Sephory i Diora. Polskie sprzedawczynie mogłyby się od nich uczyć – jak wchodzę do tego sklepu gdzieś w Krakowie to każda mnie ocenia, a tam dzięki takiemu traktowaniu wydałam trochę pieniędzy.

Niewiadomo czemu, ale zawsze byłam pewna że Pola Elizejskie to autentyczne pola, albo przynajmniej jakiś ogród. Nic z tego, jest to zwykła szeroka aleja.

Oczywiście, jest tam zatrzęsienie ogromnych sklepów z odzieżą, kosmetycznych itd. Czy my w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do złej obsługi? Bo mnie uderzyło, że w każdym sklepie byli dla nas mili i pomocni, nikt nie oceniał po wyglądzie czy nas stać, nikt nie zbywał.

Nam jednak najbardziej podobały się salony wystawowe samochodów, bo wszystkiego można było dotknąć, były różnego rodzaju atrakcje typu „testy na reakcję” itd. W salonie Toyoty grało się w wyścigi siedząc w bolidzie.

Ach tak. Do wieży Eiffla dojechaliśmy metrem jak jeszcze było jasno i muszę stwierdzić, że za dnia z bliska nie wygląda zbyt pięknie. Słyszeliśmy gdzieś, że można jakoś wejść na wieżę po schodkach, więc zapytaliśmy pana z obsługi po angielsku, na co odpowiedział że oczywiście. Po pół godzinie stania okazało się, że jednak nie tak oczywiście, że owszem można wejść po schodkach ale za opłatą albo wjechać windą za jeszcze większą opłatą.

W ten sposób nigdy nie byłam na wieży Eiffla, bo nawet nie mieliśmy pieniędzy przy sobie.

Później byliśmy już przy Moulin Rouge; boulevard de Clichy i cała okolica wraz z placem Pigalle obfitują w sklepy tego typu, co w Amsterdamie. Wejście do Moulin Rouge trzeba sobie rezerwować parę miesięcy wcześniej, a kosztuje to 150 euro za osobę.

Autostop Paryż – Dijon.

Z Paryża wyjechaliśmy po trzech dniach. Ośmieleni sukcesami wpadliśmy na pomysł, że przejedziemy całą Francję do, dajmy na to, Marsylii i do Barcelony, stamtąd lecąc już samolotem. Jeszcze w Paryżu zarezerwowaliśmy bilety z Barcelony do Krakowa i ruszyliśmy.

Wyjechaliśmy dość wcześnie (jak na nas), koło godziny 8 rano. Skorzystaliśmy ponownie z Hitchwiki, które doradziło nam dostanie się do Porte d’Orleans, gdzie byliśmy koło 10. Ośmieleni, nie kupiliśmy nawet bułek w sklepie, żartowaliśmy że jeszcze dziś pijemy herbatę w Dijonie, do którego mieliśmy przecież tylko 150 kilometrów.

Tego dnia zrobiliśmy 50. Przesuwaliśmy się w żółwim tempie po kilka kilometrów, za każdym razem czekając na stopa po 40 minut i ciągle nie mogliśmy trafić na autostradę, bo wszyscy Francuzi ją omijali, aby nie płacić.

Popis mojego francuskiego: stoimy przy zatoczce awaryjnej, podjeżdżają do nas dwaj marokańczycy i jeden z nich pyta „Vous etes en peine?” (czy macie kłopoty), przy czym „peine” wymawia dokładnie jak „pain” (chleb). Dobrze, że nie byliśmy w kłopotach i że mieliśmy chleb, bo Michałowi powiedziałam, że próbują nam dać trochę chleba…

W końcu udało nam się przekonać pewną przemiłą panią do podrzucenia nas do bramy autostrady. Była godzina 18 i powiedziała nam ona, że jeśli nic nie znajdziemy w przeciągu dwóch godzin, to możemy do niej zadzwonić, ona przyjedzie i weźmie nas do siebie do spania i na kolację. Podała mi nawet numer telefonu, oczywiście po francusku, i gdy po trzech godzinach zdecydowaliśmy się zadzwonić okazało się, że (po sześciu latach…) moja znajomość cyferek po francusku kończy się na „un, deux, trois”.

W ten sposób spędziliśmy noc w namiocie przy autostradzie, schowani za jakimś tirem. Nie powiedziałabym, że była to moja najlepsza noc w życiu.

Następnego dnia wcale nie szło nam lepiej. Przy bramce na autostradę staliśmy około trzech godzin, bo każdy kto się zatrzymywał jechał do Paryża. Przeszliśmy więc znowu na drogę krajową. Tym razem zatrzymał się młody facet, który pił piwo za kierownicą, najwyraźniej jechał całą noc i był albo zmęczony, albo pijany, albo naćpany, nie wiem, ale cały czas mówił o tym, że życie nie ma sensu i należy się zabić. W takim stanie jechał ponad 150 na godzinę i szczerze modliłam o przeżycie. Przy najbliższej okazji poprosiliśmy go o zatrzymanie niedaleko autostrady, a ja byłam w takim stanie, że jeśliby w okolicy był autobus do Krakowa to bym nie zważając na cenę do niego wsiadła. W takich właśnie sytuacjach docenia się swoje rodzime miasto…

Niestety, autobusu nie było. Przejechaliśmy autostradą do następnej bramki, przy której rosły jabłonki (drugi dzień nie mieliśmy nic w ustach, więc nas one uratowały), ale przy której był też posterunek żandarmerii.

Najbardziej urocze we Francuzach jest to, że można dość bezczelnie robić sobie z nich jaja, a i tak tego nie zauważą. Poszliśmy więc prosto od tych żandarmów w kierunku autostrady, by wprost na niej próbować szczęścia. Żandarm: „A państwo gdzie się wybierają?”. My: „A, bo tam chyba jest lepsze miejsce do stania”. „Ale tam jest autostrada”. „NAPRAWDĘ?!?! Ojejku, to bardzo fajnie, to może tam coś złapiemy”. On: „Ale tam nie wolno łapać”. „NAPRAWDĘ?!?!” itd. Przez pięć minut serdecznie się dziwiłam temu co on do mnie mówi, chociaż w końcu nas zawrócił (we Francji kategorycznie nie wolno znajdować się na poboczu autostrady. Żandarmeria kursuje tam co chwilę i na pewno cię zgarną).

Postaliśmy potem chwilę przy bardzo ruchliwej ulicy niedaleko Auxerre. Mimo ruchliwości, najwyraźniej korzystali z niej tylko miejscowi, bo trzy godziny nikt się nie zatrzymał. Obok jednak robotnicy kosili trawę, bardzo miło nam się z nimi gawędziło; między nimi był nawet Murzyn, który umiał powiedzieć parę słów po polsku.

Zlitowali się nad nami w końcu, wsadzili do furgonetki razem z kosiarkami i zawieźli na dworzec w Auxerre. Była godzina 15, od Paryża dzieliło nas zaledwie 75 kilometrów. Zapłaciliśmy żeby się dostać pociągiem do Dijonu, w takiej byliśmy desperacji.

W Dijonie zostaliśmy u dwóch bardzo miłych, choć co najmniej niechlujnych dziewczyn. Świetnie się z nimi rozmawiało (dostaliśmy parę użytecznych rad dot. Paryża), atmosfera w domu była luźna, jednak stosowały one zasadę „spadło, niech leży”, przez co ilość brudu i odpadków była wprost katastrofalna. Widziałam tam Najbardziej Brudną Mikrofalę na ziemi i jestem przekonana, że nocami chodziła ona po mieszkaniu.

Dziewczyny miały też psa i trzy kochane koty.

Czas u nich spędziliśmy załatwiając sprawy lotu z Barcelony, który miał się odbyć za osiem dni. Okazało się, że coś się stało z rezerwacją i jest ona nieaktualna, próbowaliśmy parę razy, dzwoniliśmy wielokrotnie do Ryanair, nie umieli nam pomóc. Przestraszyliśmy się też, że jednak nie zdążymy do Barcelony, biorąc pod uwagę nasze perypetie. Ostatecznie kupiliśmy bilet powrotny z Paryża do Krakowa.

Po dwóch dniach u dziewczyn i jednej nocy u chłopaka Nicolasa (miał zresztą polskie pochodzenie), wróciliśmy do Paryża.

Dijon – Paryż

Tutaj znowu rada z hitchwiki: autobus numer 30 (nikt nie sprawdza biletów, więc spokojnie można się przejechać za darmo. Zresztą, obowiązuje to praktycznie w całej Francji), mija się jezioro i wysiada tuż obok wylotu na autostradę. Pierwszy samochód zatrzymał się praktycznie jak tylko wyciągnęliśmy kciuk, nie wiem czy minęła nawet minuta. Mężczyzna który go prowadził był fascynujący – ornitolog. Co chwilę brał lornetkę, patrzył na ptaki i zapisywał co i w którym miejscu widział, komentując np. „Nie spodziwałem się o tej porze roku go tutaj zobaczyć”. Urocze!

W połowie drogi do Paryża przesiedliśmy się do pana, który jechał aż z Marsylii do samego Paryża.

Bilans przedstawia się następująco:
Paryż – Dijon ok. 50 godzin
Dijon – Paryż ok. 2 godzin.

(chyba już nikt nie ma wątpliwości, że we Francji jeździ się tylko do Paryża, nigdy w drugą stronę?)

Następna część – wracamy do Paryża (i żyjemy jak Paryżanie!)

KategorieFrancja
Aleksandra Bogusławska

Dwa lata spędziłam w podróży, żyjąc na walizkach i co kilka tygodni zmieniając adres zamieszkania. Dziś mieszkam na stałe w domku na szkockiej wsi. Dużo spaceruję, gotuję wegańsko, spędzam czas w ogrodzie, doceniam małe przyjemności i spokojne życie.
Jestem autorką wszystkich tekstów i zdjęć na stronie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *