Nowe odcienie Tajlandii

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Samochód na lotnisko w Edynburgu, lot do Stambułu, a następnie dziewięciogodzinny do Bangkoku. Po wyjściu z samolotu biorę głęboki wdech. Tak, w końcu jestem z powrotem w Azji. W powietrzu zapachy anyżu i trawy cytrynowej łączą się z egzotycznymi kwiatami i zapachem wilgoci. Tęskniłam za tym. Na lotnisku stoi kaplica buddyjska, w środku palą się kadzidła.

Na zewnątrz oczywiście plus trzydzieści i leje, ale za tym też tęskniłam. Wszędzie palmy i orchidee. Przyleciałam tu na zaproszenie biura promocji Tajlandii, co jest najcudowniejszym, co stało mi się w związku z prowadzeniem tego bloga. Jestem w szoku, jestem podekscytowana, jestem sama tysiące kilometrów od domu i wiem, że będę robić wszystko, żeby z tego wyjazdu wycisnąć tysiąc procent. Skacząc z emocji rozmawiam z przewodnikiem, panem Chang, o tym jak bardzo mi się tu wszystko podoba. Widzę, że jest zadowolony. Mówi mi tylko, żebym nie zapomniała jeszcze tego samego dnia pójść na masaż.

Jadę do pięciogwiazdkowego hotelu Sukosol. Wnętrza mnie onieśmielają, są wielkie, wszystko jest pozłacane, w środku są sklepy i kilka restauracji. Sprawdzam w Internecie ile kosztują takie luksusy i wiem już, czemu tak wszystkich ciągnie do Tajlandii. Mój pokój kosztuje 350 złotych za noc, a to jeden z najlepszych pokoi w jakich byłam. W końcu padam na łóżko.

Założenie wycieczki jest następujące: większość turystów jadąc do Tajlandii wybiera Ko Samui, Chiang Mai czy Phuket. W samym Bangkoku trzymają się zazwyczaj tych samych miejsc i rzadko zbaczają z wydeptanych ścieżek.

    A może spróbować inaczej? Udać się tam, gdzie turystów jest mniej, do miejsc które znają przeze wszystkim mieszkańcy Tajlandii? Zobaczyć, jak się zwiedza z daleka od tłumów, co więcej do zaoferowania ma Tajlandia? Mnie to bardzo ciekawi!

Dlatego następnego dnia, totalnie rozluźniona dzięki wieczornemu masażowi, w podskokach lecę do busa wypełnionego blogerami i dziennikarzami z różnych państw, w różnym wieku. Każdy z innej bajki i zdawałoby się, z innego świata. Hiszpania, Włochy, Anglia, Norwegia, Dubaj, Rosja. I wszyscy równie podekscytowani, co ja! Miało być super, musiało być super. W Wat Thepthidaram wita nas mnich buddyjski i zarazem „kierownik” tej świątyni. To królewska świątynia słynąca z wielkiego pozłacanego posągu Buddy oraz… 52 statuetek kobiet-mnichów. Jest to niezwykłe, bo w Buddyźmie przez wiele lat uważano, że kobiety nie mogą doznać oświecenia i reinkarnacja do postaci kobiety to degradacja – w Wat Thepthidaram uważano jednak inaczej. Przy okazji: w tajskich świątyniach nie trzeba zostawiać datków pieniężnych, dobrym darem są też paczki z jedzeniem, lekami i przedmiotami pierwszej potrzeby dla mnichów.

Drugi punkt w Bangkoku: Wat Suthat. Wiecie, to co mnie zadziwiło w tych świątyniach to fakt, że tam są zupełnie pojedynczy turyści z Europy, większość tam to Tajowie z tej dzielnicy, którzy przyszli się pomodlić, złożyć dary i spędzić czas z rodziną. Właśnie tak! Rozkładają kocyki, wyjmują jedzenie, siedzą i gadają, przy okazji słuchając śpiewów ze świątyni – idealne popołudnie…

Poleciałam potem sama na targ Chatuchak, który jest „must-see” w Bangkoku, no i akurat żałowałam, bo jak się widziało jeden targ w Azji, to się widziało już też Chatuchak, ale może trafiłam do złej części? W każdym bądź razie, wracałam stamtąd tuk-tukiem, one jeżdżą stopięćdziesiąt na godzinę i łamią wszystkie przepisy i cieszę się, że żyję!


Następnego dnia polecieliśmy do Ranong. To taka miejscowość niedaleko granicy z Myanmarem, gdzie (znowu) jest mało turystów zza granicy, chociaż jest całkiem popularna wśród Tajów. Gdy zobaczyłam nasz hotel, padłam. Wyobraźcie sobie domki w lesie tropikalnym. Z okien widać tylko palmy, a w środku słychać nieustanne dźwięki owadów, gadów, ptaków i kto wie, czego jeszcze. Resort Numsai Khaosuay właśnie taki jest cały. Kiedy król Tajlandii przyjeżdża do Ranong, nocuje właśnie w tym hotelu.

Żeby dopełnić wrażenia, jeszcze tego samego dnia założyli mi koronę, ubrali w tradycyjne królewskie ubrania, robili mi masaż i podawali dania skomponowane specjalnie dla króli Tajlandii. To wszystko na łódce pływającej po Morzu Andamańskim. To był moment w którym powiedziałam sobie „YOLO” i ruszyłam do tańca. Jestem w Tajlandii, życie jest piękne, to co się dzieje dookoła jest kompletnie surrealistyczne. Trzeba z tego korzystać najbardziej, jak się da, wycisnąć ten moment jak cytrynę! I mimo tego, że był to rodzaj zorganizowanego spektaklu, czułam że ludzie którzy go zorganizowali nie bawili się wcale gorzej, niż ja. Masażystki, „kelnerzy” i nasi przewodnicy również (nieprzymuszeni) zaczęli tańczyć i śpiewać, pozakładali korony i śmiali się do rozpuku.

Dlatego kiedy następnego dnia okazało się, że „rafting” oznacza 8 plastikowych rur pływających po wodzie, znowu piszczałam z radości. Całe dwie godziny spływaliśmy łagodnym nurtem rzeki Lang Suan, słuchając szumu tropikalnych drzew, wypatrując egzotycznych ptaków, zachwycając się niezwykłymi zapachami kwiatów i roślin.

    To był inny świat. To był piękny świat. Wszyscy ucichliśmy. My, podróżnicy z całego świata i Tajowie, którzy pokazywali nam swój kraj. Nic nie mówiliśmy, tylko uśmiechaliśmy się do siebie. To był moment, kiedy coś we mnie kliknęło.

Wiecie, było w takiej „nieturystycznej” Tajlandii coś szczerego, niewymuszonego i takiego… normalnego. Ludzie podchodzili pytać skąd jesteśmy, jedliśmy proste dania przygotowane przez rolników w „restauracjach” będących dwoma stolikami pod daszkiem, kąpaliśmy się w gorących źródłach, odwiedzaliśmy świątynie ukryte w lesie i odwiedzaliśmy tradycyjne uprawy orzechów i bananów. I wszyscy czuliśmy się, jakbyśmy odkrywali Tajlandię na nowo. Nie taką zadeptaną, brudną, i wykorzystaną na wskroś a tę, w której ludzie żyją bliżej natury i kochają swój kraj. Odkrycie tego było jednak możliwe właśnie dlatego, że trzymaliśmy się z daleka od znanych miejsc, ale również dzięki pewnemu nastawieniu, które udało nam się osiągnąć. Po prostu w stu procentach otworzyłam się na to, co dzieje się dookoła mnie.

    Dlatego wyjazd do Tajlandii był dla mnie ważnym krokiem w zmianie podejścia do podróży. Już od dawna przeczuwałam, że „zaliczanie” krajów, zabytków, a nawet „doświadczeń” nie jest dla mnie, tu jednak utwierdziłam się w tym przekonaniu i odkryłam dla siebie nową możliwość.

Fotograf Robert Capa na początku XX wieku powiedział: „If your pictures aren’t good enough, you’re not close enough” („Jeśli twoje zdjęcia nie są wystarczająco dobre, nie jesteś wystarczająco blisko”). Niektórzy interpretują to zdanie dosłownie, uznając że oznacza „żeby robić lepsze zdjęcia, podetknij komuś aparat pod twarz”. Dla mnie to zawsze oznaczało „zbliż się do człowieka, poznaj go, otwórz się na niego”. W kontekście podróży oznacza to też: zbliż się do kraju, przebij się przez jego turystyczną powierzchowność, poznaj ludzi, tradycje i kulturę, jakie za tym miejscem stoją.

    Bo tak naprawdę nie dlatego podróżuję, żeby patrzyć na innych ludzi i ich kultury jak na małpy w zoo, tylko żeby ich lepiej poznać. I przekonać się, że są dokładnie tacy, jak ja.

Jechałyśmy z Isabelle przez miejscowość Chumphon. Ludzie żyją tam na plaży, w domkach z blachy karbowanej, i codziennie wypływają łowić ryby. Ich domy otoczone są palmami. I my patrzyłyśmy na tych ludzi i mówiłyśmy im, że ich życie to raj. I oni patrzyli na nas, dwie dziewczyny z wielkich miast i mówili nam, że nasze życie to raj. I śmialiśmy się z tego razem, bo to jest też część bycia człowiekiem: zawsze podoba nam się to, czego nie mamy.

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!