Balaton

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Woda po kolana, langosz i mafia namiotowa. Czyli pojechaliśmy z bratem nad Balaton.

Tydzień po wyjeździe do Czarnogóry rodzice poprosili mnie, żebym zabrała swojego 13-letniego brata na wakacje… Oczywiście zgodziłam się, ale był to jeden z najbardziej stresujących dla mnie wyjazdów. Na szczęście Janusz narzekał i wybrzydzał dużo mniej niż się spodziewałam, ale jednak miałam dość duże poczucie odpowiedzialności i bardzo się starałam żeby było fajnie.

Wybrałam Balaton bo wiedziałam, że nad jeziorem młody będzie się dobrze bawił i liczyłam na dobrą pogodę, jaka zazwyczaj panuje na Węgrzech w sierpniu. Niestety, trochę się przeliczyłam i mieliśmy kilka chłodnych dni. O czym troszkę później.

Na początku pojechaliśmy busem do Budapesztu i po jednej nocy w hostelu ruszyliśmy pociągiem do wcześniej upatrzonej miejscowości Fonyod, na południu jeziora. W stolicy było bardzo ciepło, ale po drodze pogoda się zupełnie popsuła i nad jeziorem czekały na nas deszczowe chmury.

IMGP5906
Woda nie była bardzo zimna, więc znaleźli się chętni do kąpieli

i

Plan był taki, by spać na campingu i w tym celu przytargałam z Polski namiot, śpiwory i karimaty. Rozłożyliśmy się na polu namiotowym Napsugar (które jest zresztą bardzo daleko od „centrum” Fonyod i jak się nie ma samochodu to trzeba się sporo nachodzić) i postanowiliśmy zwiedzić miasteczko. Prócz supermarketu i restauracji nie oferuje jednak zbyt wielu atrakcji. Po zjedzeniu w pizzeriii przy Hotelu Balaton (taki żółty budynek wyglądający jak zamek, jedzenie całkiem smaczne), skończyliśmy spacerując wzdłuż brzegu jeziora i zgadując czy następnego dnia się rozpogodzi.

Niestety, przez całą noc padał deszcz, Janusz nieźle zmarzł i następnego dnia wykazywał już oznaki przeziębienia, przez co musieliśmy zmienić nasz genialny plan i przenieść się do jakiegoś taniego domku na polu namiotowym. W katalogu jaki dostałam na campingu udało się znaleźć bungalow w przyzwoitej cenie 30zł/osobę/noc, ale musieliśmy pojechać do innej miejscowości.

Bardzo dużym udogodnieniem jest pociąg jeżdżący wzdłuż całego południowego wybrzeża Balatonu aż do Budapesztu. Można dzięki temu z powodzeniem codziennie zmieniać miejsce swojego „zamieszkania”, bo zatrzymuje się w każdej, nawet najmniejszej, miejscowości po drodze. Dlatego po małych zakupach w Fonyod (pyszne pączki ze Sparu) wsiedliśmy do pociągu i po 25 minutach byliśmy już w Balatonszemes (Semesz – to węgierski, wszystko jest odwrotnie). Miasteczko to jest strasznie małe, na szczeście camping jest w centrum i wszystkie atrakcje są bardzo blisko.

Szybko odkryliśmy najfajniejsze miejsce w Balatonszemes, czyli naleśnikarnio-langoszarnię przy alejce prowadzącej do dworca. Jedzenie jest pyszne, o czym świadczy fakt, że przychodzą do niej wszyscy miejscowi. Za 15 złotych można się super najeść a Janusz do tej pory z wielkim sentymentem wspomina tamtejsze naleśniki.

IMGP5972
Dworzec w Balatonszemes
i

Jeśli chodzi o camping Vadvirag, a w szczególności o nasz pokoik, to niestety i tym razem nie trafiliśmy najlepiej. Znajdował się w domu zbudowanym chyba w latach 70, i wygląda na to, że od tego czasu nikt niczego nie zmieniał… Trzy dni jakoś daliśmy sobie radę, ale nawet namiot oferuje wyższy standard i chętnie bym się do niego przeniosła gdyby nie pogoda.

Okazało się też, że światem campingów nad Balatonem rządzi „mafia namiotowa”, zwana Balatontourist. Jest to sieć pól namiotowych i po folderach czy stronach internetowych wydaje się, że istnieją nad całym jeziorem tylko oni. Tymczasem na miejscu można spokojnie znaleźć jakieś inne campingi w lepszych cenach, szukając najlepiej mieć jednak samochód albo chociaż rower.

Nazajutrz mieliśmy już więcej szczęścia pogodowego i nasze morale również wzrosły. Wynajęliśmy sobie rowery na 4 godziny i pojechaliśmy wzdłuż brzegu na zachód. Dopiero wtedy się też dowiedziałam, że na południu Balatonu tak naprawdę jest niewiele do roboty. Każda mijana przez nas miejscowość wyglądała tak samo, wszędzie było molo, jakaś smażalnia ryb i stragany z pamiątkami. Różniły się właściwie tylko tym, że w jednych był Lidl, a w innych nie. Mimo tego, wycieczka nam się bardzo udała – dookoła Balatonu prowadzi świetna ścieżka rowerowa i mam nadzieję, że kiedyś przejadę ją w całości.

Dodatkowo tego dnia odważyłam się wreszcie wykąpać w jeziorze. Każdy kto był nad Balatonem chociaż raz wie, jak taka „kąpiel” wygląda: brnie się w wodzie po kolana kilometr od brzegu i potem się wraca. Miejsce jest jednak idealne dla dzieci, które wolą się pluskać i chlapać zamiast pływać – młody się świetnie bawił, chociaż ja niekoniecznie (przegrywam w pluskaniu).

Na następny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę na drugą stronę jeziora, do pachnącej lawendą i papryczkami miejscowości Tihany.

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Węgry są super, ale Balaton mnie nie zachwycił, a wręcz rozczarował – do tej pory nie wiem co ludzie w nim widzą ;/

    http://www.hotell-me-more.blogspot.com

    • No jednak Balaton jest bliżej niż np Chorwacja, a pogoda pewniejsza niż w Polsce ;)
      Mi się też niespecjalnie podoba, ale jest dobry dla dzieci, po północnej stronie są ciekawe atrakcje (pisałam o tym w następnym poście), a Siofok to w lecie wielka imprezownia, więc każdy jednak tam znajdzie coś dla siebie :) Chociaż gdybym miała auto to pojechałabym od razu nad Adriatyk :D

  • Węgry są super, ale Balaton mnie nie zachwycił, a wręcz rozczarował – do tej pory nie wiem co ludzie w nim widzą ;/

    http://www.hotell-me-more.blogspot.com

    • No jednak Balaton jest bliżej niż np Chorwacja, a pogoda pewniejsza niż w Polsce ;)
      Mi się też niespecjalnie podoba, ale jest dobry dla dzieci, po północnej stronie są ciekawe atrakcje (pisałam o tym w następnym poście), a Siofok to w lecie wielka imprezownia, więc każdy jednak tam znajdzie coś dla siebie :) Chociaż gdybym miała auto to pojechałabym od razu nad Adriatyk :D

  • KuMarzeniom.pl

    To prawda, że nad Balatonem ciężko spędzić dłuższy okres czasu, ale na pewno co kto lubi. Ja w odróżnieniu od Ciebie trafiłem na totalny upał. Taka rada – nie zasypiaj nad wodą hehe, ja po takim „relaksie” ledwo chodziłem ;)