Autostopem do Turcji – Sofia

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Z gorącego Belgradu przenosimy się do jeszcze gorętszej Sofii.

Część I – Budapeszt, Belgrad

Stopem z Belgradu do Sofii

W dniu wyjazdu wstaliśmy bardzo późno, bo koło godziny 10. Nie przejęliśmy się tym specjalnie, bo do pokonania było przecież około 300 km, więc liczyliśmy że zajmie nam to koło 4 godzin. Przy pożegnaniu z Neveną zapytaliśmy ją czym jak najszybciej można się dostać w okolice autostrady na Nis (droga numer 1) i ruszyliśmy w drogę.

Hitchwiki i Serbiatravelers zachęcają dostanie się przede wszystkim do punktu opłat na autostradzie, ostrzegają też że mało kto się zatrzymuje. Nasze doświadczenia były inne: staraliśmy się mniej więcej dostać autobusem na południe (tu są mapki komunikacyjne Belgradu, ewentualnie mapy można dostać w informacji turystycznej lub po prostu kogoś zapytać) –  i, gdy tylko zamajaczyła nam autostrada, natychmiast wysiedliśmy (mniej więcej tutaj). Wprawdzie były pewne trudności z dostaniem się na nią (zrobiłam sobie wielkiego siniaka przy przechodzeniu przez barierki), jednak złapanie stopa poszło jak po maśle: po 5 minutach już jechaliśmy wielkim autem z serbskim biznesmenem.

Mężczyzna ten był jak z filmu Kusturicy – złote zęby, głośny śmiech, własne hotele w górach i najwyraźniej powiązania z mafią. Jeździł jak król szosy, wysadził nas za rozwidleniem dróg, trochę cofnął na autostradzie i pojechał w swoją stronę.

Następnym stopem była turecka rodzina zamieszkała we Francji, która jechała do ojczyzny na wakacje. Przydał się mój nieszczęsny francuski, bo byli oni bardzo rozmowni. W samochodzie siedziały już cztery osoby, więc gdy jeszcze doszliśmy my z plecakami było dość ciasno… Żeby nie robić problemów, przeszliśmy przez granicę pieszo.

Na przedmieściach Sofii, tak jak w Belgradzie, też jest cygańskie getto. Turkowie byli bardzo źle nastawieni do cygan – mają wielką żal za to, że kraje takie jak Bułgaria i Rumunia są w UE, a ich nie przyjmują. Wysadzili nas więc z daleka od getta, przeklinając jego mieszkańców. Było to akurat niedaleko marketu Carrefour w Sofii, więc po całym dniu głodówki w końcu posililiśmy się na karimatce.

Nie byliśmy w restauracji w Bułgarii, ale ceny w markecie są praktycznie takie same jak w Polsce.

Weszliśmy do metra gestykulując pani w okienku że jeszcze nie mamy pieniędzy na bilet (byliśmy za daleko od centrum żeby iść), ona spokojnie nas wpuściła. Koło 20.30 dotarliśmy do naszych hostów i dowiedzieliśmy się, że bardzo się o nas martwili bo… była godzina 21.30. Do głowy nam nie przyszło, że tam już jest inna strefa czasowa.

Mieszkaliśmy u bardzo sympatycznej rodziny; trochę było nam głupio, bo mieli małe dzieci a Kamen i Miglena byli dużo starsi od nas, ale jakoś się dogadaliśmy. Okazało się, że wiele podróżują po świecie, przed naszym przyjazdem byli na wyprawie motorowej w Turcji.

Jako że Sofia leży na wzgórzach, z ich tarasu na najwyższym piętrze jest przepiękny widok na miasto. Ogólnie u Kamena i Migleny warunki mieliśmy fantastyczne.

Twierdzili oni też, że w Sofii nie ma wiele do zwiedzania i że jeśli chcemy poznać Bułgarię to musimy wybrać się na wybrzeże. Nam jednak bardzo się spodobało.

Zwiedzanie Sofii

Nazajutrz (22.07.2009) pojechaliśmy tramwajem i wysiedliśmy pod Sądem (monumentalny budynek, była siedziba Partii Komunistycznej i przykład architektury okresu stalinowskiego) na bulwarze Vitosha. Bulwar ten jest podobno jedną z najdroższych ulic świata, znajduje się na nim wiele butików. Praktycznie naprzeciwko sądu jest cerkiew Sv Nedelya (Света Неделя) – piękne, ciche i uduchowione miejsce.

Następnie poszliśmy Bulwarem Knyaginya Maria Luiza (Мария Луиза) do McDonalda. Podobnie jak w supermarketach są one porównywalne do polskich więc po takim obiedzie (ech, tacy z nas wytrawni podróżnicy) poszliśmy dalej.

Dalej trafiamy na plac Niezawisłości (pl. Nezavisimost) i rzeźbę Świętej Zofii – symbol mądrości i patronkę Sofii, trzymającą w rękach symbole mądrości i sławy. Statua została postawiona w 2000 roku – kiedyś w tym miejscu był pomnik Lenina.

Wróciliśmy kawałek do kościoła Sv Nedelya, za nim znajduje się hotel Sheraton połączony z pałacem prezydenckim. Warto wejść na dziedziniec, bo znajduje się tam kościół Świętego Jerzego z IV wieku (!) – najstarszy budynek w Sofii.

Ruszamy bulwarem Cara Oswoboditel’a (Цар Освободител) w kierunku hramu Aleksandra Newskiego. Po drodze jest cerkiew Руската църква – miejsce niesamowite. Można powiedzieć, że jestem wielbicielką cerkwi, są one bardzo uduchowione i człowiek czuje się zobowiązany zachowywać się poważnie, chodzić na palcach i patrząc na ikony spuścić wzrok – są piękne, surowe, nie z tego świata (jest to zabieg celowy, mają one być „nie ludzką ręką malowane”, tylko z boskiego natchnienia). W tej cerkwi jest dość tłoczno, ale jest mroczna i te niesamowite odczucia pozostają.

Przy pomniku Cara Oswobodziciela skęcamy w lewo na Hram – pomnik Aleksandra Newskiego (Храм-паметник „Свети Александър Невски“). Zbudowany w stylu neo-bizantyjskim jest symbolem Sofii i naprawdę warto go obejrzeć na własne oczy – wnętrze jest bogato zdobione i znajdują się tam relikwie Aleksandra Newskiego (jest to jeden z ważniejszych świętych prawosławnych).

Idąc dalej ulicą Moskovska i Yanko Sakazov doszliśmy do ładnego parku koło Teatru Sofia gdzie – ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu i uldze – było WiFi! Pilnie musieliśmy znaleźć miejsce do spania w Stambule i dworzec autobusowy w Sofii, w takich chwilach WiFi w komórce jest najbardziej przydatną rzeczą na świecie.

Cofnęliśmy się więc na Bulwar Maria Luiza do centrum i poszliśmy na dworzec – droga jest dość długa. Dokładne jego położenie można znaleźć tutaj. Obok jest też dworzec kolejowy, jednak należy iść do nowego szklanego budynku.

Mimo tego że dworzec wygląda ładnie, wewnątrz panuje kompletny chaos, od którego na początku można dostać zawrotu głowy. Jest wiele okienek z nazwami firm i miejscowości do których kursują. Trzeba znaleźć takie z napisem Istanbul i mieć przygotowane pieniądze w bułgarskich lewach (nie przyjmują płatności kartą). Prócz tego dobrze jest zapisać sobie nazwę firmy, dokładną godzinę i stanowisko.

Decydujemy się na autobus po godzinie 23 tego samego dnia, kosztuje nas to około 50 złotych więc biorąc pod uwagę odległość (ponad 550 km) bardzo się opłaca.

Wracamy do domu autobusem, rozmawiamy jeszcze z gospodarzami i pakujemy się na drogę.

Autobusy i tramwaje w Sofii

Należy oczywiście kupić bilet który jest dość tani, chociaż miejscowi przy wysiadaniu zostawiają bilety na kasownikach dzięki czemu następna osoba może je wykorzystać. Nie da się ukryć że poważnie nadszarpuje to budżet firmy transportowej.

Pojazdy pamiętają zepewne czasu komunistyczne…

Jeśli chodzi o trasy – absolutnie i w żadnym wypadku nie należy ufać mapom, trasom na rozkładzie i w ogóle niczemu, a tylko mieszkańcom.

Godzinę przed wyjazdem do Stambułu zapytaliśmy naszych hostów jakim tramwajem mamy jechać na dworzec, oczywiście nie posłuchaliśmy ich a mapy którą mieliśmy i przez to wynikła bardzo nieprzyjemna sytuacja. Tramwaj który wybraliśmy zawiózł nas w zupełnie nieoczekiwane miejsce, ludzie powiedzieli nam czym mamy dalej jechać, ale oczywiście było już późno i tramwaje przestały jeździć. Uratowała nas jedynie taksówka i bankomat, dzięki czemu byliśmy na miejscu dosłownie 3 minuty przed wyjazdem i nie odjechali bez nas tylko dlatego, że w momencie, gdy Michał wyciągał rzeczy z samochodu ja pobiegłam błagać kierowców autobusu aby jeszcze nie odjeżdżali. Tureckie linie są bardzo punktualne i odjechaliśmy dokładnie w momencie, w którym Michał wszedł do środka. Nie polecam takiej przygody więc należy mieć duży zapas czasu i ślepo słuchać miejscowych.

Następna część – Stambuł wreszcie!

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!