Zielony dom: jak dbam o siebie i środowisko

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Po dwóch latach w podróży, postanowiłam założyć swój nowy dom w Edynburgu. Rozpakowałam walizkę, poukładałam rzeczy na półkach i zaczęłam tworzyć przestrzeń w której mogę być mogę naładować baterie i czuć się jak najbardziej sobą.

Jak najlepsza jakość

Czego najbardziej mi brakowało? Swoich małych miejsc w domu. Wiecie, półeczki na perfumy czy kosmetyki, wieszaków na sukienki, biurka z własnymi drobnostkami. Przez życie na walizce stałam się prawdziwą minimalistką, nie mieści się w 25 kilo – wyrzucam. Dwie pary butów. Jedna para spodni. Dwa swetry.

A w podróży rzeczy niszczą się w tempie ekspresowym, codziennie 15-20 kilometrów pieszo potrafi zetrzeć najlepsze buty, a trasy typu Singapur-Finlandia-Szkocja szybko uczą sztuki dobierania ubrań. Dlatego teraz wolę zainwestować w dobrej jakości rzeczy, naturalne i przewiewne materiały, w ubrania pasujące na każdą okazję (które dodatkowo łatwo się pierze). Unikam sieciówek starając się wspierać polskie firmy jak Risk, FemiStories czy PTNS. Ubrania od nich może i są droższe, ale piorę je po kilkadziesiąt razy i dalej wyglądają jak nowe.

Jak najmniej odpadów

Gdy mieszkałam gdzieś przez zaledwie kilka dni, trzeba było ustalać dokładny jadłospis i kupować tylko tyle, ile potrzebuję. Dlatego świetnie nauczyłam się generować jak najmniej odpadów spożywczych. Oj bywało ciężko, za to zawsze wiedziałam, co mam w lodówce i kiedy się przeterminuje. Dobra, prawie zawsze wiedziałam. Bardzo trudno tego pilnować i jednocześnie zdrowo się odżywiać, ale byłam zdeterminowana, by nie zostawiać po sobie śladu ze śmieci.

Zwłaszcza, że razem z mężem od kilku miesięcy jemy jedynie rośliny, które niestety psują się w tempie ekspresowym. Rozwiązanie na to: smoothie i soki. Tak, woziłam ze sobą po świecie blender i niczego nie żałuję. A w Edynburgu kupiłam sokowirówkę i gdy widzę samotne jabłuszko leży w kącie, przerabiam je od razu na sok. Szybki i pyszny sposób na dostarczenie sobie dużej porcji witaminek.

Co kilka dni pakuję swoją lnianą torbę i idę kupić nowe warzywka (zainwestujcie w piękną torbę, tak dużo zmienia w zakupowym nastawieniu). Mimo tego, że najbliżej mam do supermarketu, zawsze denerwuje mnie tamtejsza ilość opakowań – w Wielkiej Brytanii jest pod tym względem dużo gorzej niż w Polsce i wszystko musi mieć swój plastikowy koszyczek. Dlatego wolę kupować na wagę albo wybrać się do dalszego sklepu czy targu.

Innym świetnym rozwiązaniem jakie mamy w Edynburgu jest możliwość zamawiania warzyw i owoców bezpośrednio z lokalnych farm. Raz w tygodniu wypełniamy przez Internet formularz i dostajemy pełne pudełko produktów, zawsze tylko od producentów w promieniu 25 mil od domu (!). Są tam nawet sery, czekolady, chleby czy ciastka. Jestem strasznie ciekawa, czy są podobne rozwiązania w Polsce!

Jak najwięcej natury

Duże miasta, takie jak Tokio, Seul i Tajpej, wykończyły mnie całkowicie i od kilku miesięcy pragnę tylko natury. Nie chcę zwiedzać, chcę chodzić po lesie. Nie chcę przepychać się przez tłumy, chcę w końcu oddychać czystym powietrzem! Ostatnie kilka miesięcy spędzaliśmy więc najwięcej czasu w naturze, w parkach, ogrodach i lasach (wspaniały jest Ogród Botaniczny w Edynburgu, Pentland Hills, a w pobliżu mamy nawet zamek: Craigmillar).

W domu też wprowadzamy jak najwięcej zieleni w postaci mnóstwa roślin – czy jest coś bardziej „domowego”, niż rośliny? Kupiliśmy więc ich mnóstwo, i ja osobiście nie zamierzam poprzestawać na tych dwudziestu które już posiadamy. Zioła, paprocie, palmy, a nawet i kaktusy – to jest to, co tworzy dla mnie dom.


Sama mam bardzo wrażliwą skórę i często uczulają mnie kosmetyki, muszę więc odrzucać większość nowości drogeryjnych. Szukam za to tego, co najbardziej delikatne i naturalne, wybieram po składzie zamiast po kolorowym opakowaniu.
Moje kosmetyki muszą więc 1. być jak najbardziej naturalne 2. być wszechstronne 3. mieć małe opakowania (bo duży żel pod prysznic to 1 kilo więcej w walizce).

Ostatnio Yves Rocher, firma znana ze swoich naturalnych kosmetyków, napisała mi o swojej filozofii i pomyślałam „Chwilę, ona brzmi jak moja własna”. Jak najwięcej natury, jak najmniej odpadów, jak najlepsza jakość. Yves Rocher zmniejszył ilość plastiku w swoich produktach, a nowe, skoncentrowane żele są malutkie ale starczają na 40 kąpieli. Ponad miesiąc na wakacjach ze 100 ml żelem o zapachu mango? No wiadomo, że mi się podoba!

Pamiętam kwiatowe zapachy Yves Rocher jeszcze z dzieciństwa, zawsze też chciałam być jak ich modelki: piękne, lecz bardzo naturalne kobiety. Fajnie, że firma towarzysząca mi od wielu lat podziela też moje przekonania i udowadnia, że nawet tak duża marka jest w stanie dbać o środowisko. Yves Rocher nie testuje swoich produktów na zwierzętach i prowadzi fundację, która wspiera badania nad różnorodnością natury, a także sadzi drzewa w miejscach wylesionych. Czyli kupując sobie nowe kosmetyki, chronię środowisko naturalne –ja jestem za!

Ja dojrzałam powoli, zaczynając od małych zmian które powoli przerodziły się w mój nowy, spokojniejszy sposób życia. Mam teraz dom, w którym naprawdę odpoczywam, a moje dni są bardziej rozluźnione.


Partnerem wpisu jest Yves Rocher.

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Ja jestem od roku poza domem, reżim zakupowy jeszcze trzymam, choć czasem serce pęka. Ale przeprowadzki z Portugalii do Edynburga sobie nie wyobrażam, jak wy tam nie zamarzliście, to ja nie wiem ;) Portugalia rozpieszcza.

    • my po drodze mieliśmy jeszcze duuuuużo przystanków, między Portugalią a Edynburgiem było koło 1,5 roku podróży :D

  • Cześć Ola :) jesteśmy prawie sąsiadkami bo ja mieszkam w Londynie i to co najbardziej tu lubię to właśnie zieleń. To też przede wszystkim zapamiętałam z tygodniowej objazdówki po Szkocji :) a na kolejną dużą podróż polecamy naszych 10 sposobów ekologicznego podróżowania :)