Miejsce, dla którego warto pojechać do Hong Kongu: Klasztor 10 tysięcy Buddów

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Radzenie sobie ze zmianą strefy czasowej przyszło nam łatwo: spędziliśmy ponad 10 godzin w samolocie, „tracąc” w ten sposób całą noc i po prostu tego dnia już nie poszliśmy spać. Stosunkowo łatwo przyszło nam również poradzenie sobie z nowym otoczeniem: w Hong Kongu większość napisów jest po angielsku i ludzie dobrze mówią w tym języku, dlatego mimo sporych różnic kulturowych, łatwo przychodziło nam dogadywanie się. Nic jednak nie przygotowało mnie na obecność takich miejsc, jak klasztor Dziesięciu Tysięcy Buddów.

Jechaliśmy do tego miejsca metrem z Mong Koku na stację Sha Tin. We wrześniu w Hong Kongu jest jeszcze pora deszczowa, dlatego z całego serca odradzam wybieranie się wtedy w te okolice. Dla Europejczyka przyzwyczajonego do umiarkowanego klimatu ten czas jest koszmarem: plus trzydzieści pięć, koszmarna wilgoć w powietrzu i leje jak z cebra. Dodatkowo we wszystkich pomieszczeniach jest +17 i bardzo sucho bo klima, oznaka luksusu w Hong Kongu, pracuje jak szalona dzień i noc. Dosłownie każdy turysta po kilku dniach zaczyna kaszleć.

My w tym wszystkim jedziemy do klasztoru. Wysiadamy ze stacji Sha Tin i tylko fakt, że mamy jakiś GPS w telefonie sprawia, że wiemy w którą stronę iść bo w okolicy nie ma ani jednego znaku prowadzącego turystów w stronę klasztoru. Potem się jednak gubimy bo widzimy białą bramę buddyjskiego cmentarza i wydaje nam się, że tędy droga. Warto było wejść tak czy inaczej i być może Wy też chcielibyście wejść na wzgórze Po Fook, bo tam można zobaczyć wyjątkowo piękny przykład chińskiego cmentarza, gdzie rodziny mają swoje wielkie kolumbaria, z urnami włożonymi do małych półeczek. Są śliczne pagody, świątynia poświęcona przodkom (Citang) na środku staw pełen koi, a ludzie przy prochach kładą prezenty: owoce, chleb, alkohol. Można tam wjechać schodami ruchomymi lub kolejką, za darmo.

Jeśli Was to nie interesuje, to od białej bramy do klasztoru trzeba iść w prawo, ścieżką wzdłuż parkingu, trzymając się ściany budynku ministerstwa.

Docieramy w ten sposób do głównej atrakcji i miejsca które, bez przesady, jest najlepsze w Hong Kongu. Serio, jak macie jedną rzecz wybrać do zobaczenia w HK to polecam właśnie to. W klasztorze Dziesięciu Tysięcy Buddów co chwilę trzeba sobie zadawać pytanie czy to w ogóle jest rzeczywistość, ta sama planeta, ten sam system słoneczny. Czułam się jak na planie filmowym.

klasztor-10-tysiecy-buddow

Bo wyobraźcie to sobie: stroma ścieżka w górę przez las tropikalny, a wzdłuż niej rzeźby pokryte złotą farbą. Są wielkości człowieka (!!!), przedstawiają Buddę. Razem z małymi figurkami w świątyniach jest ich prawie 13 tysięcy, ale na mnie te na ścieżce zrobiły największe wrażenie. Niektóre postaci w spokojnej pozie lotosu, inne z wykrzywioną twarzą, niektóre trzymają w rękach książki, inne mają karykaturalne rysy, jeszcze inne w ogóle są pół-bożkami jeżdżącymi na rybach i smokach. Każda rzeźba jest unikalna, nie ma sobie podobnej. Ciągną się jakby w nieskończoność, ogrodzone blachą karbowaną i lasem – kto mi wytłumaczy o co w tym chodzi?

Wejście na szczyt zajmuje koło 15 minut (nam zajęło godzinę bo co chwilę stawaliśmy na zdjęcia) i w tej niesamowitej pogodzie spociliśmy się przy wchodzeniu jak dzikie świnki. Dodatkowo strasznie lało więc założyłam pelerynę, ale to słaby pomysł bo pomocna peleryna szybko stała się szklarnią zbudowaną wokół mojego ciała i dobrze, że jestem twarda, bo inaczej bym zemdlała z odwodnienia. Jak tu zachować godność w takiej sytuacji? No bardzo łatwo, bo miejsce sprawia że o niczym innym nie trzeba myśleć!


Klasztor oraz świątynie zostały zbudowane w tym miejscu z inicjatywy Wielebnego Yuet Kai w latach 50. XX wieku (całkiem niedawno!). Wraz z uczniami budował on świątynie i stawiał złote posągi przez prawie 20 lat. Teraz cały kompleks jest na dwóch poziomach, na każdym z nich stoi kilka świątyń oraz kaplic poświęconych Buddzie. W książkach w świątyni oraz w głębinach Internetu próbowałam szukać znaczeń posągów i niestety nic nie mogę znaleźć, ale w zamian mam niesamowitą historię związaną z założycielem klasztoru!

Otóż Yuet Kai przewidział swoją własną śmierć i umarł tego samego dnia, w trakcie medytacji. Następnie jego ciało (nadal w pozie lotosu) schowano do specjalnej niszy w ziemi i odkopano po trzech miesiącach by zobaczyć, że nie ma na nim śladu rozkładu, jest w idealnym stanie (i nadal w pozie lotosu). Uznano to oczywiście za cud, ciało Mistrza pokryto złotem i jest ono teraz wystawione w świątyni. Jak dla mnie to to ciało wygląda jak zwykły posąg ze złota, ale podpisane jest jako „trup Yuet Kai”, nie kłamię, jedźcie i zobaczycie na własne oczy (nie wolno robić zdjęć w jego świątyni, więc nie pokażę).

Klasztor nie jest aktualnie „prawdziwym” klasztorem, bo nie ma tam żadnych mnichów i zarządzają nim osoby świeckie. Ale jeśli zobaczycie jakichś mnichów którzy chcą pieniędzy to dzwońcie na policję, natomiast jeśli zobaczycie małpy to zazdro milion, ja szukałam po krzakach, wołałam, kusiłam przekąskami i żadnej nie widziałam. Tak serio to nie dawajcie im przekąsek, bo to szkodzi zwierzętom, ja żartowałam.

Nie żartuję natomiast, że klasztor jest (moim zdaniem) najlepszą atrakcją w HK, pagoda z klasztoru występowała nawet na banknotach HDK, a mimo to prawie nie ma tam turystów. Serio, wielkie miasto, dojazd całkiem łatwy i ma najwyższe oceny na Tripadvisor, a 10 tysięcy Buddów to nadal oaza spokoju! Nie wiem czemu nikt jeszcze nie zrozumiał, że najfajniejszy Hong Kong jest w Sha Tin, ale Wy już wiecie, pakujcie walizki na 11 godzinny lot i lećcie, zanim zupełnie zadepczą klasztor albo każą płacić straszne pieniądze za wejście. Mi dalej jest trudno uwierzyć, że odwiedziłam takie miejsce.

klasztor-dziesieciu-tysiecy-buddow

Bardzo, bardzo mocno polecam też restaurację klasztorną, mają przepyszne jedzenie! Wszystkie dania tam są z chińskiej kuchni wegańskiej 1 więc jest egzotycznie, ale też tak pomysłowo, że nawet Jadłonomia by się zdziwiła ;) Mają „rybę” zrobioną z korzenia, mają zupę z wodorostami i grzybami które smakują jak kurczak, wszystko cudownie przyprawione, mogłabym tam jeść codziennie! Cena pełnego posiłku dla jednej osoby: 60 HKD.


Informacje praktyczne:

  • Dojazd: metro East Railline (jeździ z półwyspu Kowloon), do stacji Sha Tin. Zajmuje to z 15 minut. Wyjście B, potem w lewo i wzdłuż takiego „placyku” ze starymi budynkami (będzie on po lewej stronie). Jak dojdziecie do centrum handlowego to znowu w lewo, potem pierwsza w prawo i potem mała ścieżka w lewo. Wbrew pozorom, nie jest tak trudno ;)
  • Cena: za darmo!
  • Ile czasu poświęcić: najlepiej wyjechać jak najwcześniej i dać sobie na całość ok. pół dnia (jest co oglądać). Weźcie dużo wody!
  • Ważne: w Hong Kongu jest kilka miejsc które nazywają się „10 thousand Buddhas cośtam (Hall, Shrine itd)”, ale oryginalne jest w Sha Tin.
  1. Bo Buddyzm jest za tym, by nie krzywdzić żadnych stworzeń. Dobra robota!

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Posągi robią wrażenie. Ile pracy! Przypomniało mi to o armii terakotowej w Chinach :) Dopisane do listy miejsc do zobaczenia! Dzięki

  • Bardzo podoba mi się to, że posągi mają różne miny i grymasy. Ciekawe kto wpadł na taki pomysł i czy posągi przy drodze powstały jako jeden projekt czy może były dodawane stopniowo…

    • Tak jak pisałam, projekt był pomysłem wielebnego Yuet Kai, on i jego uczniowie robili te posągi przez 10 lat :)

  • Aga Konieczna

    Jadę sprawdzić w takim razie :D