Czarnogóra – dojazd

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Głównym argumentem przeciwko jechaniu do Czarnogóry był dla nas dojazd – spokojnym tempem, licząc zatrzymywanie się od czasu do czasu, wyszły nam 4 dni „tam i z powrotem”. Co jednak zrobić, po zobaczeniu wspaniałych zdjęć z Czarnogórskich gór, wszystkie inne plany odrzuciliśmy. Decyzja została podjęta 9 sierpnia wieczorem, a brzmiała: „musi być Durmitor”.

Następnego dnia, nie tak znowu rano (tj. w samo południe) wyjeżdżamy z Krakowa w stronę Budapesztu. Od tego zapewne zaczyna się większość podróży na Bałkany, dlatego oszczędzę dokładnych opisów, notując tylko, że uwielbiam jeździć przez Słowację (te góry i pagóry, te lasy…). A jeśli chcecie zaoszczędzić na słowackiej winiecie, to 15-kilometrową autostradę za Banską Bystricą można łatwo ominąć, kierując się na lotnisko i miejscowość Silać.

Węgry

Zawsze byłam zdania, że do Budapesztu łatwo wjechać, ale trudniej z niego wyjechać – może dlatego, że tamtejsze znaki nie są na miejscowości, a na numery dróg. Nam tym razem udaje się go „przeskoczyć” (podziękowania dla 8-letniego TomToma), kierując się na M6, prostą jak drut i okropnie nudną trasę wzdłuż Dunaju. Przez 200 km krajobraz się kompletnie nie zmienia, ciągle tylko płaskie pola uprawne. W końcu przy miejscowości Boly wykręcamy na Harkány, gdzie planujemy spać na campingu Termal.

W Harkánach są gorące źródła i miejscowość jest bardzo turystyczna – gdybyśmy byli tam nieco wcześniej niż o 21:30, z pewnością skorzystalibyśmy z term. Tymczasem padliśmy po podróży, mając nadzieję wcześnie wstać.

Następnego dnia po ósmej pakujemy się, płacimy w recepcji (2 osoby + namiot + samochód = 18 euro) i znów w drogę – chcemy przecież przejechać dziś całą Bośnię!

Przekraczamy najbliższą granicę z Chorwacją (okolice miejscowości Donji Miholjac) i kierujemy się na wschód, w kierunku autostrady. Po wzięciu karteczki na bramce – gaz do dechy przez 70km monotonnego krajobrazu północy Chorwacji. Na szczęście Bośnia już niedaleko, a tam mamy obiecane góry, serpentyny i kaniony – już nie możemy się doczekać.

Bośnia

Kwestia formalna związana z wjazdem do Bośni: trzeba mieć paszport i tzw. Zieloną Kartę. Jest ona dowodem ubezpieczenia poza Unią Europejską i na każdej granicy ją sprawdzają. Zieloną Kartę można wyrobić u swojego ubezpieczyciela – u niektórych za darmo, inni pobierają niewielką opłatę.

Po przekroczeniu granicy niedaleko bośniackiego Šamac (nie ma kolejki, ale dostajemy pieczątkę do kolekcji), kontynujemy podróż na południe, w kierunku Sarajewa. Ta droga nie jest kręta, można nią jechać dość szybko, inni kierowcy też się nie obijają. Przejeżdżamy przez bośniackie wioski i miasteczka, w jednych są meczety, w innych – cerkwie. Z głośników leci lokalne radio, z bardzo dobrą zresztą muzyką, wiele stacji nadaje tylko folklor.

Bliżej Sarajewa jest nawet autostrada – z naszej mapy wynika, że w Bośni jest planowanych wiele takich dróg, my uświadczyliśmy tylko jednej. Jest płatna (chyba 1 euro) i przyjmują karty.

Nie decydujemy się na odwiedzanie stolicy Bośni, bo jest już popołudnie, a mamy przed sobą najtrudniejszy kawałek drogi. Dlatego jedziemy drogą tranzytową przez Sarajewo, która jest zresztą paskudna, a na obiad zatrzymujemy się już 30 km dalej, w przydrożnej restauracji. Na mój gust jest za bardzo turystyczna, ale inne z kolei wyglądały zbyt obskurnie. Podają tam za to pyszną i świeżą jagnięcinę, która nie wydaje charakterystycznego zapaszku, a po prostu rozpływa się w ustach. Za obiad dla dwóch osób – 24 euro. Miałam nadzieję, że w Bośni jest taniej, ale mięsko pyszne, warto.

A nieco dalej już zaczynają się „upragnione” serpentyny – jedziemy kanionem rzeki Bosnadalej wzdłuż mniejszej Bystricy, a w końcu koło miasta Brod skręcamy na drogę M18, do granicy z Czarnogórą. Oczywiście, pamiętamy też o zatankowaniu – paliwo w Bośni jest dużo tańsze niż gdzie indziej po drodze.

Od tego miejsca droga robi się bardzo „dzika”; stroma, kręta, często brakuje na niej asfaltu. W tych okolicach jest wiele ośrodków oferujących spływ rzeką Pivą, są też przy nich campingi – bardzo fajne, odosobnione miejsce.
Granica bośniacko-czarnogórska przy miejscowości Hum wygląda tak:

Wreszcie Czarnogóra!

A w Czarnogórze… dalej kaniony, tunele (niektóre bardzo długie, inne strasznie kręte), piękne widoki. Natrafiamy na przykład na taki most nad przepaścią – nie mam pojęcia jak on się trzyma, chyba na niewidocznych słupach.

Most Czarnogóra

Wkrótce dojeżdżamy do tamy na rzece Piva, dzięki której utworzone zostało jezioro Pivsko o niesamowicie turkusowej wodzie. Sama zapora jest ogromna, a zbiornik przypomina nieco norweskie fjordy – wije się między ostrymi ścianami kanionu, tworząc rozgałęzienia. Droga przy nim jest po prostu spektakularna, a kierowcom zaleca się szczególną uwagę, bo mogą się zagapić na przepiękne widoki.

Zwiedzanie Czarnogóry chcemy zacząć od Parku Narodowego Durmitor, dlatego skręcamy z głównej drogi na miejscowości Trsa i Žabljak. Skręt jest kolejnym tunelem wydrążonym w skale i łatwo go przeoczyć, dlatego w tym miejscu lepiej pilnować drogi. Tutaj też zaczyna się kolejna, mozolna wspinaczka pod górę, a niektóre zakręty wymagają użycia klaksona.

Dojeżdżamy w końcu do płaskowyżu, na którym pojawiają się już malutkie miejscowości i pojedyncze domki, w których ludzie mieszkają tylko latem. Bierzemy nawet stopowiczkę, która okazuje się być pasterką.

Droga idzie nam tu dużo wolniej, a czujemy się jak w innym świecie… Przejeżdżamy przez środek Parku Narodowego, a tuż nad nami widoczne są wysokie szczyty Durmitoru. Słońce zaczyna zachodzić i o tej porze samochody to rzadkość.

Musimy jeszcze wjechać na przełęcz Prevoj Sedlo (1907 m n.p.m.), żeby w końcu się dostać do Žabljaka i na camping. Wcześniej prowadziła tędy droga żwirowa, ale została wymieniona na asfalt około 3 lat temu. Niemniej jednak wciąż w przewodnikach i Internecie można znaleźć ostrzeżenia przed jazdą tą trasą – to już nieaktualne.

Na przełęcz prowadzi bardzo kręta droga, która może być niebezpieczna przy mijaniu. Wbrew pozorom to, że jest ciemno wcale nie przeszkadza w jeździe – dzięki temu nadjeżdżające samochody widać z daleka. Na szczycie strasznie wieje, dlatego po zrobieniu kilku zdjęć uciekamy w dół, do Žabljaka.

Autorka przewodnika „Czarnogóra”, Agnieszka Szymańska, polecała camping Razvrsje w miejscowości o tej samej nazwie – skręcamy na tą wioskę (500 m przed Žabljakiem), ale z powodu zalegających już ciemności mylimy pola namiotowe i zatrzymujemy się przy Kod Boce, który jest na tej samej drodze, tylko 100 metrów wcześniej.

To nic, jest 21, a my nie mamy siły nawet na zrobienie sobie kolacji. Nie ma się co dziwić, w dwa dni zrobiliśmy ponad 1100 km z Krakowa. Dokładną naszą trasę można obejrzeć tutaj. Czy było warto…? O tym w najbliższych postach.

Trasa Kraków Czarnogóra

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Ola

    Nie narzekaj tak wszędzie na ceny, szczególnie jedzenia. 24 euro za dwie osoby to znowu nie tragedia.

    • Wszędzie, serio? :D
      Ależ oczywiście że nie tragedia, tylko w Polsce 100 złotych za dwie osoby to nie tak mało, porównuję ceny do tych w Krakowie a nie we Francji.

  • Darek

    Cześć, powiedzcie czy droga na trasie którą wybraliście jest w porządku, tj czy nie wymęczy zawieszenia samochodu? Mamy zamiar wybrać się z KRK do Czarnogóry i wahamy się czy jechać podobnie jak Wy, czy pewną trasą przez Chorwacje autostrad?

    • Przez większość czasu jest ok, ale słabo się robi na granicy Bośni i Czarnogóry – mnóstwo podjazdów, droga kręta itd. Jeśli nie jesteś pewny to może lepiej tą pewną trasą albo przynajmniej przez inne przejście graniczne niż Hum.
      Pozdrawiam i życzę miłego wyjazdu! :)

  • Jarek Uspieński

    Hej! Czy był jakiś szczególny powód dla którego odrzuciliście trasę przez Serbię?
    Na pierwszy rzut oka wydaje się szybsza…

    • Jedyny powód to taki, że z tego co widziałam w okolicach Pecs/Harklany na Węgrzech było sporo pól namiotowych do noclegu w trasie a przy Serbii nie było prawie żadnych ;) Natomiast z tego co widzę na mapach to nasza trasa jest tylko o 30-40 minut dłuższa niż ta przez Serbię, więc o ile nie ciśnie się całej naraz to nie ma różnicy :)

  • zyga

    ale bzdety ja robie w 1 dzien z nowego sącza tam mieszkam Wien tam i nazad a to ponad 1 tyś km oczywiscie zwiedzanie ,za dawne czasy jak sie lawetami jechało to 2,500 km robiło sie w 20 godz , moim zdaniem powinno sie pisać ze jedziemy od punktu A do B ,albo zwiedzamy po drodze, a nie ze ktoś napisze ze jechał 1 tyś km 4 dni ktoś kto nie był nie widział a chce sie dowiedzieć moze zle zrozumieć i można kogoś w bład wprowadzić

  • Tomek Tomala

    Paszport już niepotrzebny

  • Pingback: Czarnogóra – Pomysły na wyprawy()