Werfen – na rowerze w Austrii

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

O malowniczym miasteczku Werfen z górującym nad nim zamkiem oraz o tym, że po trzech godzinach snu lepiej nie prowadzić auta.

Poprzednia część – Salzburg

Nie zdecydowaliśmy się kończyć trasy ścieżki rowerowej Tauernradweg (prowadzącej do niemieckiej miejcowości Passau), tylko z Salzburga pojechać z powrotem w wysokie Taury, do miasteczka Werfen koło którego jest piękny zamek Hochenwerfen, położony na górze. Tym razem jedziemy wzdłuż rzeki Salzach.

Blisko Salzburga można spotkać naprawdę wielu rowerzystów, jednak im dalej, tym robi się bardziej pusto. Ogólnie wydaje mi się, że z tej części trasy korzysta więcej ludzi niż z tej którą jechaliśmy my, prowadzącej przez Niemcy. Niektórzy z nich mieli nawet sakwy rowerowe. My swoje zostawiliśmy na szczęście na campingu, dzięki czemu jechało się o wiele przyjemniej, a przede wszystkim szybciej.

W pierwszej większej miejscowości Hallein odbywał się targ włoski: na kilku uliczkach rozstawione stoiska z pysznymi oliwkami, serami, suszonymi pomidorami i innymi przysmakami. Widzieliśmy już wcześniej parę takich jarmarków, a w sumie byliśmy niedaleko Włoch (istnieje nawet ścieżka rowerowa Via Claudia Augusta, która prowadzi z Niemiec przez Austrię aż do Wenecji lub Werony. Polecam tę stronę z opisem wyprawy).

Pogoda przez pierwszą połowę wycieczki niespecjalnie nam dopisywała. Za to trasa fantastyczna: asfaltowe drogi, zazwyczaj służące jako dojazd do posesji. Nie ma wiele aut, bo obok prowadzi droga ekspresowa, a jeszcze dalej – superautostrada Tauern Autobahn (super ponieważ jest niesamowicie poprowadzona: raz wjeżdża się w ogromne tunele, raz wspina się na szczyty górskie).

Podjechaliśmy do Salzach Ofen – jest to wąwóz (dosłownie: przejście), którym rzeka Salzach przeciska się przez góry (z tego, co zrozumiałam). Nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, podobno potrzeba na to koło godziny, a Tomek miał ciśnienie, żeby dojechać do Werfen i wrócić przed zmierzchem.

W tym miejscu za to zaczynają się już Alpy.

Po długim zjeździe, który pokonałam z nieprzyjemną myślą „Trzeba będzie się wdrapać z powrotem”, nastąpił najgorszy odcinek ścieżki Tauernradweg: przez trzynaście kilometrów jazda wzdłuż drogi szybkiego ruchu.

Oczywiście jest bardzo widowiskowo, ale ja się za bardzo stresuję gdy jadę zbyt blisko samochodów. Odpuściliśmy sobie zamek, za to posiedzieliśmy chwilę w ślicznej miejscowości Werfen.

W drodze powrotnej wreszcie się rozpogodziło, co ułatwiło podjazdy i ogólnie bardzo poprawiło mi humor. W okolicy Salzach Ofen byliśmy świadkami akcji ratunkowej z helikopterem: dwójka turystów chodziła po górach, gdy jeden z nich spadł ze skały 10 metrów w dół. Na szczęście nic nikomu się nie stało.

Trasa powrotna wydała mi się o wiele bardziej ciekawa (może dlatego, że zaświeciło słoneczko). Jak już wcześniej pisałam, Tauernradweg to nie jedna jedyna ścieżka w okolicy, obok jest parę alternatywnych, jeśli np. chcemy zwiedzić okoliczne miasteczka.

Była to nasza najdłuższa wycieczka: zrobiliśmy prawie 100 km (razem z późniejszym pojechaniem do centrum Salzburga w poszukiwaniu tyrolskich kapeluszy – niestety bez skutku). Wyjechaliśmy koło 11, by wrócić na camping po ósmej wieczorem.

Czekała nas jeszcze droga powrotna z Salzburga do Wiednia… Zdecydowaliśmy się znowu na bilet Kup-raz-i-jedź-do-woli (Einfach-Raus Ticket). Jego minusem jest to, że trzeba jechać tylko pociągami regionalnymi, czyli jest wiele przesiadek i godziny nie są wcale zachęcające: musieliśmy zdążyć na 5:30 rano.

Położyliśmy się więc spać przed dziesiątą, oczywiście była burza i jakoś się nie spało. Musieliśmy jeszcze spakować namiot, więc wstaliśmy przed czwartą rano (nie wiedziałam, że o takiej godzinie w ogóle można wstać) i pewnie wyjeżdżając obudziliśmy wielu ludzi dookoła. Za to jazda o tej porze jest dość niesamowita: w centrum trwały jeszcze imprezy, pijani ludzie na ulicach… A my się pchaliśmy na dworzec, zaspani i z sakwami.

Tak w ogóle, polecam zawsze się zaopatrzyć w mapkę dojazdu, bo niby popatrzyliśmy poprzedniego dnia jak mamy mniej więcej jechać, jednak po drodze się zgubiliśmy, musiałam włączać gps i internet w roamingu, sytuacja była bardzo stresująca, zwłaszcza że zostawało nam 15 minut do odjazdu, a w Austrii pociągi są zabójczo punktualne… Na szczęście wszystko jakoś się ułożyło, wszędzie byliśmy na czas, chwilę się przespaliśmy w trasie i do Wiednia dotarliśmy koło dziesiątej.

Tomek oczywiście postanowił, że na parking, na którym stał samochód, powinniśmy pojechać rowerem, dość długo unikał jednak zaglądnięcia do mapy, urządzając sobie „jazdę na orientację”. Jakoś po godzinie byliśmy na miejscu, głodni, zmęczeni i bez chęci do życia.

Nadludzkim wysiłkiem było pojechanie z powrotem w kierunku miasta. Byliśmy już kiedyś w Wiedniu (w grudniu! – trochę zdjęć tutaj), więc tym razem wyprawiliśmy się do tych miejsc, które poprzednio ominęliśmy, np. park Prater i jego wesołe miasteczko (najwyższa karuzela była nieczynna…).

Miało też miejsce wielkie wydarzenie, a mianowicie: jedziemy sobie spokojnie przez Schwedenplatz, a tu nagle słyszę „Sandraaa”. Okazało się, że to Marek, mój znajomy z liceum, z dziewczyną, śledzili nas aż do tego miejsca, by wreszcie się ujawnić!

Dzień tak obfity w wydarzenia i nieprzespana noc zrobiły swoje. Na parking wróciliśmy po szóstej wieczorem, nie znajdując nigdzie otwartego supermarketu (tak, nic nie jedliśmy aż do Krakowa. Wina Tomka, który mówił „spokojnie, zaraz będzie jakiś McDonald”. Nie było.), znowu pojawiły się problemy pt. nie można było za niego zapłacić inaczej, niż kartą kredytową, której nie mieliśmy, lub gotówką, której też nie mieliśmy (aha, był to tak zwany Park-And-Ride, czyli zostawia się auto na przedmieściach, w okolicy stacji metra, a później można korzystać z komunikacji miejskiej do jazdy po centrum). Po pokonaniu wszelkich trudności ruszyliśmy w drogę, a było już koło ósmej.

Kolejna rzecz której bardzo, ale to bardzo nie polecam: jazda samochodem po zarwanej nocy i całym dniu zwiedzania. Ze względu na zdrowie psychiczne naszych mam nie opiszę dokładnych powodów, ale powiem tylko, że mamy nauczkę na całe życie…

Podsumowanie wyjazdu

W tydzień, zrobiliśmy ok. 350 km (nie licząc jakichś krótkich jazd po Salzburgu i Wiedniu), a na wszystko wydaliśmy po 600 złotych. Jedliśmy głównie makarony, kiełbasy i pieczywo kupowane na miejscu oraz żelki Haribo, które są tam tańsze niż w Polsce. Wiem, że nie jest to najlepszy wybór diety na wyprawę, jednak nasz wysiłek nie był aż tak ogromny żeby się wspomagać jakimś specjalnym jedzeniem.

Na koniec muszę przyznać, że z wielką ochotą pojechalibyśmy na rowery do Austrii jeszcze raz: jakość ścieżek rowerowych, dostępność campingów, a przede wszystkim życzliwość i radosne uśmiechy Austriaków sprawiły, że zakochaliśmy się w tym kraju!

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • świetne zdjęcia :))
    zapraszam do siebie, zachęcam do obserwowania :))
    http://pattis-fashion-place.blogspot.com/

  • S.

    That looks beautiful.

    / S /
    http://mydarlingsolitude.blogspot.com

  • marek

    Idealnie z tą mapką.
    Śmigam na rowerze dosyć dużo i właśnie szukam jakiejś fajnej zagranicznej traski, na weekend.
    I chyba już znalazłem.

    Dzięki.
    __________________________________________________________________________

    Nawigacja – blog

    • Polecam też trasę wzdłuż Dunaju (Donauradweg http://en.wikipedia.org/wiki/Donauradweg) – zaczyna się lub kończy w Wiedniu i można na niej zobaczyć np. ciekawe zamki postawione wzdłuż tej rzeki :)
      Dzięki za komentarze i pozdrawiam!

      • marek

        O, dzięki wielkie za taką podpowiedź.

        Zamki wzdłuż rzeki to jest to.

        Muszę tu częściej zaglądać,
        Pozdrowionka!
        ________________________________________________________________________
        Nawigacja – blog

  • marek

    Idealnie z tą mapką.
    Śmigam na rowerze dosyć dużo i właśnie szukam jakiejś fajnej zagranicznej traski, na weekend.
    I chyba już znalazłem.

    Dzięki.
    __________________________________________________________________________

    Nawigacja – blog

    • Polecam też trasę wzdłuż Dunaju (Donauradweg http://en.wikipedia.org/wiki/Donauradweg) – zaczyna się lub kończy w Wiedniu i można na niej zobaczyć np. ciekawe zamki postawione wzdłuż tej rzeki :)
      Dzięki za komentarze i pozdrawiam!

      • marek

        O, dzięki wielkie za taką podpowiedź.

        Zamki wzdłuż rzeki to jest to.

        Muszę tu częściej zaglądać,
        Pozdrowionka!
        ________________________________________________________________________
        Nawigacja – blog