N

Nowy Jork. To nie jest miasto dla mnie.

Wysiadłam z samolotu na lotnisku Newark. Przy kontroli paszportów godzinna kolejka, podczas kontroli pytania: kim jesteś, gdzie jedziesz, jakie masz plany i gdzie będziesz nocować. Pytają czym się zajmujesz i czy masz rodzinę w Stanach. Tuż za strażnikami portret Donalda Trumpa.

Przed lotniskiem stoją samochody, czekają na przylatujących. Kierowca czerwonego Audi nagle włącza bardzo głośną muzykę, za chwilę do auta podchodzi człowiek ze złotym łańcuchem na szyi, kierowca szybko wyskakuje i bez słowa pakuje jego walizkę do bagażnika, wsiadają i głośno trąbią na auta przed nimi. Dookoła walają się śmieci: plastikowe torby, kubki i rurki. Nie rozumiem, co właśnie zobaczyłam.

Ze wszystkich odwiedzonych miast Nowy Jork było mi najtrudniej objąć umysłem, zrozumieć i przeżyć. Wszystko wydawało mi się dziwaczne, nielogiczne, niesprawiedliwe. Po żadnym wyjeździe nie byłam tak psychicznie wykończona. Do centrum Nowego Jorku jeździłam z South Amboy w stanie New Jersey i chyba nigdy nie byłam w dziwniejszym miejscu. Jeździłam pociągiem który znajomi Amerykanie nazywali najlepszym pociągiem w Stanach, a którego powstydziłoby się PKP. Po drodze na Manhattan jechałam przez miasteczka opuszczone. Mijałam budynki w stadium kompletnego rozkładu. Oglądałam składowiska śmieci, rozwalonych ciężarówek, kamperów, nowych (!) nieodpakowanych samochodów, które stały tam już dobre kilka lat. A przede wszystkim: ogromną ilość śmieci, pokrywającą całą okolicę. Pociąg jechał prawie godzinę, a krajobraz ciągle ten sam. Nie widziałam nigdy niczego podobnego.

Na Manhattanie myślałam dużo o Marakeszu który odwiedziłam kilka tygodni wcześniej. Przypominałam sobie przepiękne hotele i pałace w mieście, z basenami i palmami, stanowiące tak duży kontrast z ulicą i domami mieszkańców Medyny: obdrapanymi, ciemnymi, bez podstawowych udogodnień. Myślałam o sprzedawcach strasznie drogich pamiątek, stojących obok ludzi sprzedających rzeczy, które (prawdopodobnie) znaleźli na śmietniku. W Nowym Jorku jest bardzo podobnie, choć w Marakeszu rozumiałam dużo więcej z tego, co się dzieje: to kraj trzeciego świata, który ma problemy kraju trzeciego świata, burzliwą historię i ogromne kontrasty. Nikt w Maroku nie udaje, że tak nie jest.

Cała okolica Nowego Jorku i samo miasto, mimo całej wyspy nowoczesnych wieżowców, wydały mi się jednak bliższe Medyny, niż na przykład Amsterdamu, Tokio – i Warszawy. W tych miastach nie ma tyle walających się śmieci, bezdomnych, opuszczonych budynków i bolesnych kontrastów społecznych. Bezdomność jest postępującym problemem w tym i wielu innych miastach Stanów Zjednoczonych; problemem który zdaje się, nikt nie ma pojęcia jak rozwiązać i z którym nikt nie wie jak się zmierzyć. W Nowym Jorku nie ma opcji, by kilka razy dziennie nie zaczepił Was bezdomny. Można odwracać od tego wzrok i udawać, że sprawa nie istnieje – ale ja nie umiem już tak robić. Mi to przeszkadza. Dla mnie odwracanie wzroku to odbieranie tym ludziom reszty człowieczeństwa, jaka im pozostała.

Nowy Jork ma swoje momenty. Ma piękny Central Park, ciekawe dzielnice wypełnione knajpkami i sklepikami, fajne galerie sztuki i zabytki, pyszne jedzenie z każdego zakątka świata, i wiele więcej. Bynajmniej nie było mi beznadziejnie! Znalazłam sporo miejsc dla siebie, o których chętnie napiszę na blogu i które mi się podobały. Jednak warto na to miasto patrzyć jako na całość, a nie wyłącznie na oderwane knajpeczki gdzie podają pyszne koreańskie jedzonko. Trzeba też mieć na uwadze, że dużo rodzinnych knajpeczek i sklepików zostało pozamykanych, by zrobić miejsce dla biznesów z większym kapitałem, które postawią wyższe budynki i wyprą z miasta zwykłych ludzi. W ten sposób z miasta szybko ucieka jego urok, który jest zastępowany kolejnymi wysokimi budynkami.

To naturalny proces, natomiast dla mnie nie jest to godne podziwu, bo Nowy Jork staje się miastem dla wybranych. Nie imponuje mi też fakt, że jedne z najbardziej znanych budynków miasta zostały wybudowane przez miliarderów, i są to jedne z najdroższych atrakcji jakie odwiedziłam w życiu. Znając kulisy powstania majątku tych osób, oraz majątku wielu bogaczy w Stanach, naprawdę ciężko mi być pod wrażeniem. Odbieram to miasto jako zbudowane przez elitę i istniejące dla elity. I może dla turystów.

Po Nowym Jorku w końcu rozumiem. Dojeżdżając do miasta słuchałam podcastów nagranych w tym mieście i muzyki powstałej w tym mieście. Przypominałam sobie o wszystkich książkach, filmach, artykułach z tego miasta, o wszystkim co miało z tym miastem coś wspólnego, i w końcu rozumiałam skąd one się wzięły i wiedziałam, o czym mogli myśleć ludzie, którzy te dzieła stworzyli. Jakie mogli mieć problemy i jakie zakamarki ludzkiej duszy to miasto mogłoby otwierać. Tylko nie jestem pewna, czy ja bym chciała w sobie te zakamarki otworzyć, bo niektóre z nich wydają się bardzo ciemne: powstałe w zaduchu przepełnionego metra, wśród próśb o drobne, ludzkich oczu utkwionych w telefon, między bajglami na ulicy i stekiem na setnym piętrze, tam gdzie w jeden dzień można stracić wszystko, w miejscu gdzie trzeba i być, i mieć, i bywać, i robić. W miejscu które pędzi szybko, ale samo nie wie w którą stronę.

Wiem też, że w Stanach jest bardzo dużo miejsc, które są przepiękne: polecono mi na przykład Colorado, do którego chcemy pojechać jeszcze w tym roku. Nie całe Stany to New Jersey – i wielu Amerykanów mówiło mi, że jest to jedno z najgorszych miejsc w ich państwie. Natomiast Nowy Jork, New Jersey i takie miejsca jak Rust Belt to ogromna część kraju, która każe zastanowić się: gdzie podział się Amerykański Sen? Gdzie podziało się państwo równych i wspaniałych możliwości? I czy naprawdę jest to miejsce, które nadal trzeba stawiać za przykład dobrze prosperującego kraju?

Wśród niektórych, zwłaszcza starszych ludzi, panuje nadal przekonanie że Ameryka jest nieosiągalnym marzeniem, miejscem gdzie wszyscy są szczęśliwi i bogaci. Aktualną sytuację ujęłabym raczej, że to miejsce gdzie tylko bogaci są szczęśliwi. A reszta? Nikogo nie obchodzi. To, co widzę najbardziej pozytywnego w tej sytuacji to fakt, że w niektórych aspektach Polska poszła już dalej, niż Stany!

Wyjazd do Nowego Jorku był niezwykły. Pewnie wrócę tam jeszcze – poznam miasto latem, pochodzę więcej, zajrzę do mniej znanych miejsc. Zastanowię się. To jednak nie jest miejsce dla mnie. Być może nie jest dla nikogo.


Inne artykuły o aktualnym stanie Stanów Zjednoczonych:

KategorieKraje
Aleksandra Bogusławska

Dwa lata spędziłam w podróży, żyjąc na walizkach i co kilka tygodni zmieniając adres zamieszkania. Dziś mieszkam na stałe w domku na szkockiej wsi. Dużo spaceruję, gotuję wegańsko, spędzam czas w ogrodzie, doceniam małe przyjemności i spokojne życie.
Jestem autorką wszystkich tekstów i zdjęć na stronie.

  1. bardzo ciekawe były Twoje spostrzeżenia o Nowym Jorku bo przecież super znasz to miasto i byłam mega zaskoczona Twoją opinią :) ale niestety jak rozmawiałam ze znajomymi ze Stanów to wszyscy mówią, że ostatnie 2-3 lata Nowy Jork ogromnie się zmienił, na gorsze :(

  2. Grzegorz says:

    W sumie to powiedziałbym, że dotknął Cię trochę „syndrom Paryża”. Nieraz przyjeżdżając do zachodnich miast, do Paryża, Nowego Jorku czy Berlina uderza ilość bezdomnych, jak bardzo połatane są drogi, ile śmieci i petów leży na ulicach.

    A tymczasem Kraków czy Warszawa… są czyściejsze, odnowione, zadbane.

    Trochę mnie ciekawi jednak czemu akurat Nowy Jork takie wrażanie wywarł. Sam mieszkając w Leith mam podobne wrażenia na codzień: 20 min piechotą od centrum Edynburga, a dziury w ulicach potworne, śmieci walają się wszędzie, bezdomni żebrają pod każdym Tesco Express i ScotMidem, z pojemników na śmieci nieraz śmieci się wylewają, ćpunów pełno itp. Berlin wydawał się jeszcze gorszy (szczególnei wschodni). Po takich doświadczeniach ten syf Nowego Jorku nie wygląda tak nadzwyczajnie.

    1. haha mieszkam w Edynburgu i zgadzam się co do Leith całkowicie! Masakra jest w niektórych miejscach, kurczę też przy bypassie tyle śmieci że się nie chce patrzyć przez okno bo całe pobocze usyfione. Na mieście i szczególnie w Leith bezdomnych mnóstwo…
      I w sumie zgadzam się też co do tego „syndromu Paryża” – z jakiegoś powodu nie miałam aż takich odczuć w samym Paryżu, choć trochę miałam w Londynie. Ale jestem przyzwyczajona do tych wielkich miast i myślę, że wiadomo czego się po nich spodziewać.
      Dodam jeszcze tylko, że syfu jest o 80% mniej w: Tokio, Seulu, Singapurze, w Tajpeju, w Bankoku nawet. I to było ogromne zaskoczenie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *