Podróż której nie opisałam wcześniej. Mazury.

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Zombie w toalecie, bunkry w lesie i dziura w nodze. To kawałki podróży, której już nie mogę opisać w całości. Mazury.

Jest wiele miejsc w których byłam, ale których nie opisałam z różnych powodów: ktoś mi doradził że nie warto, zdjęcia wyszły słabe albo po prostu, nie chciało mi się. Jest jednak jeden wyjazd którego nie opisałam od razu bez żadnego powodu, a potem po prostu zapomniałam gdzie dokładnie byłam. Żałuję do tej pory, że tak dużo z niego już gdzieś zgubiłam.

Dzisiaj z tych fragmentów chcę złożyć pewien sentymentalny obraz. Zdjęcia były robione prostą „małpką”, ale mam nadzieję, że wytrzymacie ze mną do końca.


W 2010 byłam na Mazurach, dosłownie dwa dni po powrocie z Rosji i Ukrainy. Panowały tam okropne upały, z 40 stopni w cieniu i jakbyście chcieli jechać do Odessy w sierpniu, to nie jedźcie. Wracałam z czarną skórą, od Morza Czarnego.

W Polsce też było okropnie gorąco, takie uczucie jakby wszystko miało zaraz pęknąć ale nie pęka, i w taką pogodę zapakowaliśmy z Tomkiem rowery do samochodu i pojechaliśmy na północ. Na miejscu przez tydzień pływaliśmy żaglówką, ale dla mnie to żeglowanie jest zawsze strasznie rozmazane, po prostu woda, i leżę na rozgrzanej łódce i nic się nie zmienia. W pewnym momencie, gdy łódź jest śliska po deszczu, wpada na mnie kolega, ja wpadam na ster i robię sobie dziurę w nodze. Nie mamy paliwa, więc nie ma jak dopłynąć na zszycie rany. Następnego dnia jest za późno na szycie i prawie mdleję, gdy mi opatrują tę nogę w szpitalu. A potem każą mi nie moczyć rany przez miesiąc.

Nie moczyć rany. Na Mazurach.

Po trzech dniach wyjmujemy rowery z samochodu i zaczyna być dziwnie.

To było rok przed naszym rowerowym wyjazdem do Austrii i tutaj zdobywaliśmy nasze umiejętności wyprawowe. Musicie wiedzieć, że przytroczenie do zwykłego roweru namiotu, karimaty, jedzenia, menażek, gazu, ubrań na każdą pogodę – to nie jest łatwe zadanie. Nie stać nas było na lekki kompaktowy sprzęt i te graty były koszmarnie ciężkie, zupełna partyzantka. Nawet mimo tego, że czasem udało się wstać o 8 rano, to spakowanie tego dobytku zajmowało nam czas do południa, i wtedy dopiero, lekko wkurzeni, wyjeżdżaliśmy w trasę.

Jechaliśmy przed siebie, w pola i bociany. Na Mazurach życie kwitnie przy brzegu, tam gdzie żaglówki. W innych miejscach nie ma nikogo. Są ciche bunkry, zrujnowane budynki i stare cmentarze. Są wioski gdzie mieszka jedna osoba. Są drogi zbudowane 100 lat temu, nieodnawiane od tej pory. Są jeziora nie połączone z innymi, które można mieć tylko dla siebie. Są campingi istniejące na mapie, ale nigdy nie istniejące w rzeczywistości. Wjechaliśmy w sam tego środek.

Camping I

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jest wieczór, okolica Mikołajek, jechaliśmy cały dzień. Zbiera się na burzę. Tomek pamięta pewien camping przy jeziorze, na który jeździł za dzieciaka na obozy Salezjan. Zjeżdżamy z głównej drogi. Grzmi coraz bliżej.
Idziemy kilometr przez te pola, bo jechać się nie da, taka wysoka trawa. Dookoła nic, żadnych budynków, ale Tomek mówi „To już blisko”. Wspomina dzieciństwo i to super miejsce na biwak, mówi że w obok w lesie był cmentarz pruski, i niektóre grobowce się rozsypały, i widać czaszki w środku.

Dochodzimy do campingu, a tam pobojowisko. Wygląda tak, jakby ktoś stamtąd uciekał i nie chciał, by ktokolwiek wracał. Zostawione stare resztki jedzenia przy grillu, rozrzucone śmieci. Z wody wyjęte na brzeg betonowe molo – kto i po co chciałby wyciągać ważące kilka ton molo? Na środku tego stoi kibel. Niebieski Toi-Toi. Wieje wiatr, szumi las w którym jest cmentarz. Grzmi. Podchodzę do Toi-Toi i słyszę dźwięki. Słyszę, że w środku ktoś cicho płacze, biegnę do Tomka i mówię „Chodźmy stąd tam ktoś jest”. On podchodzi i woła „Jest tam kto?”. Puka do drzwi. Ze środka ledwo słyszalne wycie, zawodzenie. Ale nikt nie odpowiada. Tomek cicho bierze rower i kieruje się w stronę Mikołajek. Biegniemy, aż do pierwszych zabudowań.

Camping II

Jedziemy przez stare pruskie wioski. Mijamy Niemców, którzy uprzejmie rozmawiają z aktualnymi właścicielami domów. Dookoła bieda piszczy, ale chaty które znów są niemieckie widać z daleka. Są białe, w czerwone maki.

Za wioską skręcamy w polną drogę, która ma prowadzić do pola namiotowego. Kilka kilometrów dalej docieramy nad jezioro, do miejsca, gdzie na mapie jest camping. A tam same ludzkie kupy, bo łatwo zacumować żaglówkę. Nigdy nie było tam nic więcej.

Dziesięć kilometrów dalej mapa pokazuje kolejny namiocik. Jedziemy. Robi się ciemno, w końcu jednak widzimy ludzi. Jest i pole, okazuje się że nie ogólnodostępne, tylko należy do Politechniki Łódzkiej i właśnie mają tam zlot absolwentów i wykładowców. Tamtejszy przywódca mówi „No dobra, rozbijajcie”. Dziękujemy Politechnice. Do tej pory.

Camping III

Szukamy miejsca na nocleg. Ostatni kawałek drogi jest przez krzaki i wysoką trawę, ale nie zrażamy się, może tam dalej jest nasze miejsce. Lądujemy nad jeziorem. Nikogo. Nie wiemy nawet, czy tu było kiedyś pole namiotowe, ale się rozkładamy z Hannah. W nocy straszna burza, pioruny uderzają w drzewa obok nas, niebo się zezłościło właśnie na nasz lasek. Nie możemy spać, jasno jak w dzień.

Rano Tomek wychodzi z namiotu i wraca lekko podenerwowany. Ta samotność na Mazurach mu nie służy, bo zdaje mu się, że w pobliskim bajorze jest nurek i może nas obserwować. Śmieję się, że to najwyżej żaby, ale on pakuje się szybciej niż zazwyczaj.
50 metrów od namiotu stoi osmalone drzewo.

Camping IV

Kupiliśmy tego dnia wielkiego wędzonego węgorza. Jest tłusty i wszystko brudzi, do tego ma pysk jak z piekła. Kroimy go na pół Tomkowym nożem biwakowym – słynnym Opinelem. Gdy zasypiamy w namiocie, świerszcze śpiewają. W końcu nie jesteśmy sami.

Camping V

Po drodze do domu zobaczyliśmy Wilczy Szaniec (Tomek wspinał się na wszystkie bunkry, ja cykorzyłam). Potem pojechaliśmy do Spychowa na coś, co miało być najlepszą rybą jaką jadł Tomek. Było najlepszą rybą świata.

Jest taka knajpa w Spychowie (chwalą się, że od Juranda ale on nie istniał), buda właściwie, która w środku jest przyozdobiona wysuszonymi łbami rybimi. Pokazują tam rybkę i można sobie wybrać którą się chce zjeść. Pan ją potem smaży na rozgrzanym tłuszczu. Byłam w wielu miejscach, ale takiej dobrej ryby nie jadłam nigdy ponownie. Siedzieliśmy wtedy na molo przy campingu, przygrywały nam komary oraz disco-polo.
Byłam bardzo szczęśliwa.


 

Zostało jeszcze kilka fragmentów. Ten z nietoperzami w bunkrze, gdy bałam się, że zaplączą się w moje włosy.
Ten w którym skacowani kontrolerzy hoteli poprosili Tomka, żeby im pojechał po obiad.
Ten w którym się pokłóciliśmy przy Kanale Mazurskim, znaleźliśmy dwie czterolistne koniczyny i je zgubiliśmy, wszystko w przeciągu minuty.
Ten w którym spotkaliśmy głęboko w lesie dwie kobiety i pomyślałam, że to czarownice.
Ten w którym przy Mamerkach pijany żeglarz o czwartej nad ranem śpiewał „żegnajcie nam dziś, poznańskie kurwy”.

Były też inne, ale już ich nie ma. I nigdy więcej nie będzie, tak jak tej podróży.

mazury rower

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Przeczytałam z zapartym tchem. Migawki wyrwane z pamięci, puzlle, które się składają w świetną całość, jak patrzenie pod słońce przez starą kliszę.

    • Zu.

      Zgadzam się w stu procentach. Trzymająca w napięciu, trochę smutna historia. I zdjęcia są piękne.

    • fajnie że to tak odebrałaś, bo o to trochę chodziło :)

  • Bookmeacookie

    Tak pięknie.

  • Travelling Milady

    Na tym zdjęciu na prawdę jesteś czarna. A z dziurą w nodze to jak widać był dobry początek do tego wpisu. Mam nadzieję, że nie tylko byłaś szczęśliwa wtedy na campingu, ale jesteś nadal. Pozdrawiam

  • Gosia

    Niesamowicie klimatyczny wpis. Czytało się jak dobrą książkę, dlatego ostatnie zdanie niemal łamie serce.. A może jednak jeszcze kiedyś…?

  • Piękne wspomnienia :-) Im jestem starsza, tym więcej mam takich porozsypywanych układanek w głowie. Warto to zapisywać, bo pamięć płata figle. A Mazury i dla mnie mają słodko-gorzki smak.

  • darek pop

    SUPER . KOCHAM TE WSZYSTKIE MIEJSCA

  • Malina

    piękne zdjęcia! niestety nigdy nie byłam na Mazurach, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wybrać :) http://www.kierzbun.pl/imprezy.html

  • ok, więc właśnie przeczytałam historię o nawiedzonym toi toiu, nic mnie juz dzisiaj nie zdziwi.
    bardzo fajna narracja, dobrze się Ciebie czyta i ogląda.
    ze wszystkich miejsc w Polsce, ktore planuję sobie odwiedzić (jak tylko zrobia takie autostrady zeby w Poznania dało sie dojechac do Lublina i Białegostoku 4h), Mazur nie bylo na liście, może dlatego że nie umiem pływać i nigdy nie interesowało mnie żeglowanie. i teraz nie wiem. mają być czy nie, podpowiedz ;)

    • heh wiem że ta historia głupio brzmi, ale jakbyś tam była tobyś się pewnie też bała, mi jest do tej pory dziwnie a zupełnie nie wierzę w duchy i takie rzeczy :D
      Jeśli chodzi o odwiedzenia Mazur to jazda tam na rowerze jest naprawdę super, tylko trzeba się przygotować na brak mycia, gubienie się z mapą i pewną samotność. Ale to się da przeżyć bo jest bardzo ciekawie i mam nadzieję, że te regiony jeszcze odżyją bo ich historia jest fascynująca i pewnie niewiele osób ją zna :)

  • ciarki na plecach

    piękne,
    i smutnie nostalgiczne

  • znowu wróciłam do tego tekstu, bo 14 kwietnia zainspirował mnie do napisania swoich wynużeń – i teraz, czytając sama siebie, trafiłam znów na link do Ciebie.

    i znów – ciarki na plecach. to jest tak dobre… tak bliskie. bliskie mojemu przeżywaniu wtedy, gdy melancholia „rozlewa się jak atrament” – ale w tym smutku jest jakaś (masochistyczna?) przyjemność…

    o, jaki to dobry tekst….

    już roztapiałam się w tej nostalgii, melancholii, ciarki na plecach…

    gdy parsknęłam śmiechem przy: „Ten w którym przy Mamerkach pijany żeglarz o czwartej nad ranem śpiewał „żegnajcie nam dziś, poznańskie kurwy”.”

    ;) dzięki!

    • Cieszę się że tekst jest Ci bliski, spisałam po prostu wspomnienia a okazało się że jest czymś więcej :) Mi się udało pozbyć części nostalgii z tego wyjazdu właśnie napisaniem tego posta bo zapisując tę resztkę wspomnień nie martwię się już że je stracę i zawsze też mogę do nich powrócić…

  • Cassie

    Boćki mnie rozbroiły:) ja przejechałam niegdyś Warmię i Mazury na rowerze. Noclegi- to namiot rozbijany wzdłuz tras spływów, na stanicach. Dziś tęsknię za tą formą wypoczynku, myślę, by jeszcze jesienią zrobic krótki wypoczynek, coś jak weekend we dwoje . Może własnie na Mazurach..

  • Świetny tekst. Mazury uwielbiam, ale na rowerze nie podjąłbym się ich przemierzać. Wolę motocyklem ;-)
    Wilczy Szaniec i wspinanie się na bunkry – hardcore :-)
    Knajpę w Spychowie z rybimi łbami na pewno następnym razem zahaczę. Mam nadzieję, że jeszcze funkcjonuje.
    A ze swoich przeżyć polecam gorąco wizytę Leśniewie. Jest tam śluza, która służyć miała UBotom. Do tej pory wygląda imponująco