Zell am See & Lofer – na rowerze w Austrii

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Kolejna część wyprawy rowerowej – jedziemy z malowniczej miejscowości nad jeziorem Zell am See do pięknego Lofer.

Poprzednia część – Krimml

Drugiego sierpnia Tomek miał urodziny, więc dzień spędziliśmy trochę leniwie. Miasto Zell am See jest typowym starym miastem kurortowym (popularnym już w ósmym wieku n.e.), bardzo pięknie położonym nad jeziorem Zell (czy Zeller), przy zielonych wzgórzach, podczas gdy w dali widać ośnieżone szczyty.

My przed ruszeniem w dalszą trasę zdecydowaliśmy objechać to jezioro dookoła. Postawione są drogowskazy na tę ścieżkę, ale praktycznie cały czas jedzie się szosą.

W Zell można sie kąpać i utworzono do tego celu wiele plaż, ale woda jest moim zdaniem zdecydowanie za zimna. Zdecydowaliśmy się natomiast na wypożyczenie łódki na godzinę i mimo tego, że w trakcie trochę narzekałam, to teraz mam fantastyczne wspomnienia. Widoki są niepowtarzalne, uczucie niesamowite.

Nie interesowaliśmy się, czy można wypożyczać żaglówki, ale canoe, kajaki i rowerki wodne – na pewno.

W ciągu tej godziny ponownie zostawiliśmy rowery bez przypięcia, tym razem w miejscu gdzie przychodziło wielu ludzi, znowu nikt się nie skusił. Oczywiście nie polecam tak robić, ale moim zdaniem to dobrze obrazuje, jak bezpiecznie jest w alpejskiej części Austrii (chociaż możliwe, że po prostu nasze pojazdy każdy normalny Austriak uznałby za graty).

Po pływaniu szybko przejechaliśmy przez Zell am See, byliśmy bardzo głodni więc zjedliśmy duży śniadanio-obiad i pojechaliśmy dalej.

W tej miejscowości ścieżka rowerowa Tauernradweg rozwidla się na dwie części: jedna prowadzi wzdłuż rzeki Salzach, druga – przez Niemcy wzdłuż Saalach a później łączą się w Salzburgu. Z jakiegoś powodu wybraliśmy drugą opcję, nie wiem czemu, wydawało się, że będzie ciekawsza.

Na początku było parę podjazdów pod górę, trasa swoim zwyczajem bardzo kręciła. Za plecami zostały jedne łańcuchy górskie, ale przed nami rysowały się już następne.

W okolicach miasta Saafelden pomyliliśmy trasę, chwilę jechaliśmy szosą (nadal ogromny ruch), ale po kilometrze udało się trafić z powrotem na Tauernradweg.

Podobnie jak wcześniej, na odcinku Krimml – Zell am See, ruch rowerowy jest tu dość znaczny. Najwspanialsze jest to, że jeżdżą zarówno małe dzieci, jak i starsi państwo (niektórzy „dziadkowie” mieli znacznie lepszą formę ode mnie i nawet od Tomka). Nie widzieliśmy jednak zbyt wielu podróżujących tak jak my, z sakwami, większość zostawia bagaże w hotelu i od rana jeździ.

Jednak to, co mnie najbardziej urzekło na Tauernweg to ludzie: pogodni i szczęśliwi. Rowerzyści nas pozdrawiali, piesi w każdej miejscowości do nas machali, niektórzy nas zagadywali. W żadnym innym państwie Europy nie spotkałam się z tak dużą życzliwością, byłam nią mile zaskoczona i nawet trochę zawstydzona. Gdy w Polsce przejedzie się np. bulwarami wiślanymi, to każdy jest skupiony na sobie, dokonując „wyczynu” na rowerze lub rozmyślając (sama tak robię), natomiast w Austrii widać po ludziach, że czerpią z wysiłku przyjemność i uśmiechają się nawet gdy są bardzo zmęczeni.

Myślę, że taki stosunek do aktywności fizycznej wynika również z jakości (i długości!) ścieżek rowerowych – aż trudno wyliczyć, ile ich tam jest, prowadzą praktycznie wzdłuż każdej rzeki. Wszystkie są bardzo zadbane, z daleka od samochodów (zresztą, nie ma co nawet wspominać o stosunku kierowców do rowerzystów na drodze), przy nich są campingi, hotele i restauracje. Gdy nie ma osobnej dróżki, jest pas na jezdni tylko dla rowerów, w miastach oczywiście wszędzie można dojechać w ten sposób. Po prostu niebo dla rowerzystów, dla nas w Polsce niewyobrażalne…

Ten odcinek trasy był jednym z moich ulubionych, mimo braku „typowo alpejskich widoczków” (łąka + wielkie góry). Jechaliśmy leśnym wąwozem, przede wszystkim po szutrze.

Zielone łąki zaczęły się później, gdy już prawie dojeżdżaliśmy do campingu w Lofer. Odcinek był bardzo przyjemny i widoki – powalające.

Camping Grubhof w Sankt Martin bei Lofer był najlepszym campingiem na jakim byłam w życiu. Przepięknie położony na wysokości 600 m n.p.m, podczas gdy góry nad nim się wznoszące mają ponad 2600 m! Nie jest bardzo drogo (17 euro za dwie osoby w namiocie), za to czysto i cicho. Wieczorami ludzie grają w badmintona i robią grilla, a w nocy dają pospać (większość to austriackie i niemieckie rodziny). W okolicy jest wiele możliwości rekreacji: urządzają tam spływy kajakowe (widzieliśmy wielu ludzi z łódkami, można je nawet wypożyczyć na campingu), rowery, jest nawet via ferrata („żelazna ścieżka” – droga wspinaczkowa z drabinkami i łańcuchami, do której niepotrzebne są własne liny).

Bardzo chętnie zamieszkałabym w tym miejscu na parę tygodni.

Tam podobało mi się wyjatkowo, ale obiektywnie rzecz biorąc inne campingi były niewiele gorsze, Austriacy zazwyczaj zachowują dużą czystość, tylko w Salzburgu było dużo zagranicznych turystów którzy tak bardzo o to nie dbają.

Tego dnia zrobiliśmy 53 km, na miejscu byliśmy koło 18. Trasa:

Następna część – Salzburg

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!