Najpiękniejsze momenty 2016 roku

Zdjęcia i tekst: Aleksandra Bogusławska

Jaki moment był dla Was w tym roku tym najpiękniejszym? Co sprawi, że 2016 będziecie dobrze pamiętać w przyszłym roku i przez kolejne kilka lat? Dla mnie było to 12 bardzo intensywnych miesięcy, wykańczających do granic możliwości, ale też zupełnie najpiękniejszych, z których nie żałuję ani chwili.

Styczeń

Ten rok zaczęliśmy w Amsterdamie, wśród ogromnego huku petard – w Holandii potrafią się bawić i przez wiele dni ulice były dosłownie zasypane opakowaniami po petardach i fajerwerkach!

W styczniu byłam też w Finlandii na targach turystycznych oraz zjeździe blogerów NBE. W ramach tego wyjazdu popłynęłam ogromnym statkiem na wyspy Alandzkie, chodziłam na biegówkach, poznałam świetnych ludzi i przeżyłam kąpiel w przerębli przy -30! W końcu była też prawdziwa, bardzo mroźna zima, za którą strasznie tęskniłam. Na zdjęciu powyżej moja koleżanka Henriikka bawi się w śniegu na zamarzniętym jeziorze.

Luty

Najważniejszym wydarzeniem lutego i tego roku był nasz z Miłoszem ślub :) Kilka dni później wyjechaliśmy do Barcelony w „podróż poślubną” która, można powiedzieć, jeszcze się nie skończyła.

W Barcelonie spodobało nam się do tego stopnia, że Miłosz sugeruje nawet przeprowadzkę tam… Najlepiej zapamiętałam wjechanie windą na szczyt Sagrada Familia z samego rana, jako pierwsi turyści. Dodatkowo jechał z nami przekochany Japończyk, który opowiadał o tym, że był w Barcelonie kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy wejście na szczyt wież dopiero co zostało otwarte!

Pod koniec lutego polecieliśmy też do „naszego” Porto, muszę przyznać, że pogoda była wtedy dość słaba, ale ile porto wypiliśmy i ryby zjedliśmy, to nasze!

Marzec

W marcu Południowy Tyrol zaprosił mnie na nartki! Mam nadzieję, że nie zabiją mnie, że jeszcze nie było relacji na blogu… Już się pisze, tak jakby co! Super momentem wyjazdu jak dla mnie był zjazd słynną trasą Gran Risa, ale degustowanie wina z cudownymi widokami na Alta Badia też nie było najgorsze ;)

Potem do końca miesiąca mieszkaliśmy w Mediolanie, gdzie nooo, nie podobało mi się.

Kwiecień

Co działo się w kwietniu, zostaje w serduszku na zawsze… Były to nasze włoskie wakacje, które zaczęliśmy od Rzymu. Ciężko wybrać jeden świetny moment w Rzymie, tam jest po prostu za dużo emocji, za dużo piękna. Wydaje mi się, że to najpiękniejsze miasto Europy, a na pewno jest w nim najwięcej do zobaczenia.

Kolejna była Florencja – ech, co to jest za miejsce! Florencja jest po prostu przepiękna i każdy musi ją zobaczyć, najlepiej wiosną właśnie, gdy jeszcze nie ma tam tylu ludzi. Na powyższym zdjęciu widok spod bazyliki San Miniato al Monte, właśnie wyszłam z ciemnego kościoła w którym trwała msza w łacinie, na zewnątrz trwał delikatny, kwietniowy zachód, a wszystko spowijał zapach Włoch: kwiaty, jedzenie, wino, cyprysy…

Maj

Na początku maja znowu polecieliśmy do Amsterdamu – czemu jeszcze nie przeprowadzamy się do Holandii dla mnie również pozostaje zagadką. Tak czy inaczej, spacery po Jordaan wiosną są nawet fajniejsze niż zimą.

Później postanowiliśmy dać jeszcze jedną szansę Londynowi, ale hm, no, Londyn nie wykorzystał szansy. Postaram się tam więcej nie wracać, jeśli nie będę musiała.

Czerwiec

W czerwcu mieszkaliśmy przez miesiąc na Teneryfie, z daleka od turystycznych miast, za to tuż przy plaży La Tejita. Nie mogliśmy chyba lepiej wybrać, bo bardzo wypoczęliśmy i często wspominamy piękne wieczory na plaży, nad oceanem…

Na sto procent najpiękniejszym momentem czerwca był nasz nocny wyjazd na wulkan Teide i podziwianie nocnego nieba Drogi Mlecznej. Pewnie gdyby nie fakt, że potem byliśmy w Japonii, to byłoby to najlepsze przeżycie w roku, ale wiecie, potem stało się Kioto.

Lipiec

Na początku lipca polecieliśmy do Budapesztu, byłam tam po raz trzeci i po raz trzeci mi się strasznie podobało. Wydaje mi się, że miasto jest mało znane i doceniane (na Zachodzie), ale na pewno w najbliższym czasie przybędzie tam ogromna ilość turystów. Centrum jest teraz świetnie odnowione i Budapeszt tylko czeka na odkrycie.

Obok Parlamentu zainstalowano też takie delikatne fontanny rozpylające drobne kropelki wody, które tworzą mgłę w letnie dni – wszyscy byli tak zachwyceni tym widokiem, że nawet nic nie mówili, a dzieci po prostu biegały cichutko próbując dotykać „chmurki”. Przepięknie.

Po Budapeszcie mieszkaliśmy kilka tygodni w Warszawie, odwiedził nas też mój kochany brat <3

Sierpień

W sierpniu dzięki Kayakowi (baaardzo dziękuję!) zrealizowaliśmy samochodową wycieczkę po Małopolsce. Udało nam się zobaczyć wiele zaskakująco fajnych miejsc, również tych mało znanych. Na pewno najlepsza była jednak wizyta w Zalipiu, niewielkiej wiosce słynnej z kwiatów namalowanych na jej domach. Nie miałam pojęcia, że są takie skarby w Polsce i teraz pokazuję wszystkim zdjęcia z Zalipia, taka dumna!

Wrzesień

Pierwszego września polecieliśmy do Hong Kongu. Trzy miesiące jakie następnie spędziliśmy w Azji były jak przepiękny sen i spełnienie moich wszystkich marzeń. Jestem wykończona, ale też przeszczęśliwa.

We wrześniu byliśmy chyba w euforii szoku kulturowego, bo wszystko nam się podobało i wszystko nas zachwycało, w Hong Kongu najbardziej klasztor 10 tysięcy Buddów. Było bardzo gorąco, a tego dnia dodatkowo strasznie lało, ale wspinanie się w tropikalnym lesie wśród pozłacanych pomników było niesamowitym przeżyciem.

Potem natomiast polecieliśmy do Japonii. Wszystkie moje oczekiwania od Japonii zostały spełnione, było nawet dużo lepiej, niż się spodziewałam. Dwa tygodnie mieszkaliśmy w Shinjuku w Tokio, a potem pojechaliśmy do Yugawary, małej miejscowości pół godziny pociągiem od stolicy Japonii. Nie wiem właściwie czemu tam pojechaliśmy, po prostu chcieliśmy zobaczyć Japonię z daleka od turystów, zabytków i zgiełku… Nie rozczarowaliśmy się taką Japonią. Największe wrażenie zrobiła na mnie mała, nieznana świątynia w Yugawarze, do której prowadziła zaniedbana leśna ścieżka z latarniami. Trudno mi było nie wierzyć w magię chodząc po takim miejscu. Zresztą, Japonia to po prostu jest magia.

Październik

Przez cały październik byłam w Kioto. To miejsce i ludzie, których tam poznałam, zrobili na mnie ogromne wrażenie, nie wiem, czy kiedyś się z tego otrząsnę. Mam nadzieję, że nie. Na razie przy każdym otwieraniu folderu „Kioto” nie mogę się powstrzymać od płaczu, od emocji – oczywiście tych dobrych. Zostawiłam w tym mieście spory kawałek serduszka. Możliwe, że całe.

Widzieliśmy przepiękne atrakcje Kioto, próbowaliśmy pysznego jedzenia i dosłownie każdy dzień był najlepszym dniem życia. Natomiast najlepszym momentem dla mnie w tym roku było oglądanie mało znanej, lokalna parady jesiennej w Północnym Kioto. Mieszkańcy dzielnicy (w tym nasz kolega Ryuta!) nieśli małą kapliczkę, a towarzyszył im smok błogosławiący dzieci i zwierzęta (ale nas też pobłogosławił, było super). My sami zresztą byliśmy dla mieszkańców całkiem dużą atrakcją, żadni turyści nie przychodzą nigdy na ich festiwal, wszystko jest „zwyczajne”, nie na pokaz, od serca. Właśnie to mnie tak ujęło, ta radość z codziennego życia, to szukanie piękna w prostocie. Czuję się zaszczycona, że mogłam brać w tym udział.

Listopad

Japonię zakończyliśmy Fukuoką, potem popłynęliśmy promem do Korei Południowej. Nie jestem zachwycona tym państwem, ani Busan, ani Seul nie przypadły mi do gustu i przez większość czasu raczej chciałam stamtąd wyjechać. Może była to kwestia tęsknoty za Japonią, może wybraliśmy złe dzielnice do zamieszkania – nie wiem, ale nie polubiliśmy się z Koreą. Jedyne, co dobrze wspominam to spotkania i zakupy z kochaną Sarą w Myeongdong.

Grudzień

Z Seulu polecieliśmy prosto do Tajpeju i co to jest za miasto! Przecudowne! Ogólnie w Tajwanie i Hong Kongu wpadłam w zafascynowanie chińską kulturą i teraz bardzo chcę jechać do Chin. Tajpej fajnie łączy tradycję z nowoczesnością, ale ja z tych dwóch wolę tradycję więc nic dziwnego, że najbardziej podobało mi się w świątyni buddyjsko-tao Lungshan. Trafiliśmy tam akurat w czasie uroczystości, gdy setki ludzi recytowało sutry – co za przeżycie!

Z Tajwanu polecieliśmy na kilka dni do Singapuru, a stamtąd do Holandii… Można powiedzieć, że zatoczyliśmy taki krąg tymi podróżami. Mam dla Was mnóstwo materiałów, milion relacji i gdy już ochłonę, to się do nich zabieram.

Jestem strasznie ciekawa, co było Waszym najpiękniejszym przeżyciem 2016? Czy było to wielkie wydarzenie w życiu, czy jakaś drobnostka, mały gest drugiego człowieka: podzielcie się proszę!

Proszę nie promuj swoich linków w komentarzach, dzięki!

  • Byłam tego lata w Budapeszcie (swoją drogą, przepiękne miasto!) a chmurek w centrum nie widziałam. Jak to możliwe, że ominęłam taką atrakcję? ;)
    Miałaś cudowny rok – pełen wrażeń i taki do zapamiętania na zawsze. Moje najlepsze wspomnienie? Wyczekiwana podróż na Kanary i widok na wioskę Masca, który wyłonił się za ostatniego zakrętu krętej drogi. Tak, zachowam ten obrazek w sercu na długo.

  • zupełnie mi umknęlo że wzięliście ślub, pewnie dlatego że nie bylam wtedy na bieżąco z niczym – więc spóźnione, ale szczere, gratulacje! :)

    • hihi dzięki, my jakoś tego ślubu nie ogłaszaliśmy i był mega mały, większości moich znajomych umknął :D

  • Budapeszt cudowny, mam nadzieję wracać jeszcze wiele razy! A co do odwiedzanych blogów to jasneee, nie ma problemu! :) To dla mnie zaszczyt!

    • stacjabalkany.pl

      Dziękuje:) powoli staram się czytać Twój blog w całości:)

  • Nikola Komorowicz

    Rewelacyjny post! Oby rok 2017 był równie zaskakujący jak ten. Najważniejsze jest to abyśmy mieli cele. Wspaniały blog godny polecenia przyszłym podróżnikom. Między innymi dzięki temu blogowi również i ja się zmobilizowałam do podróży. Pozdrawiam cieplutko i zapraszam do siebie. http://cydbynicole.wixsite.com/travel/single-post/2016/12/31/Ladispoli-%E2%80%93-powulkaniczne-szale%C5%84stwo

  • Gustavo Woltmann

    A ja się nie dziwię wielokrotnym wycieczkom do Amsterdamu. To jest faktycznie magiczne miasto, takie… przyjemne, to chyba najlepsze słowo, które przychodzi mi do głowy :)

  • Dominika S-a

    Przepiękne fotografie, aż miło je ogladać! Gratuluję wspaniałych podroży!